27 stycznia 2026

Z pamiętnika sceptyka


 

Esej niniejszy powstał z potrzeby uporządkowania moich drobnych rozczarowań związanych ze światem zjawisk niezwykłych. Od dzieciństwa fascynowało mnie to, co nieznane, dlatego od lat sięgam po publikacje poświęcone tematom, którym świat nauki poświęca niewiele uwagi. Z czasem zaczęłam jednak natrafiać na wątki budzące moje poważne wątpliwości.

Zauważyłam, że wielu autorów teorii ezoterycznych z wyraźnym upodobaniem odwołuje się do rzekomego dziedzictwa starożytnych lub wręcz mitycznych cywilizacji, czyniąc wsparciem dla swoich tez mgliste „badania” albo wyjątkowo kręty wywód. Argumenty te, choć często atrakcyjne w formie, okazują się trudne do zweryfikowania, a niekiedy oparte raczej na swobodnych skojarzeniach niż na rzetelnych źródłach.

Współczesna technologia, a zwłaszcza łatwy dostęp do międzynarodowych baz artykułów naukowych, pozwala dziś konfrontować tego rodzaju twierdzenia i w wielu przypadkach podać je w poważną wątpliwość. Z drugiej strony kontakt ze zjawiskami, których badacz nie rozumie i w które być może wcale nie wierzy, wymaga zachowania szczególnej ostrożności i bezstronności. Łatwo tu bowiem o pokusę zarówno bezkrytycznej fascynacji, jak i automatycznego odrzucenia.

Istniał jednak, i nadal istnieje, problem znacznie poważniejszy. Zainteresowanie zjawiskami określanymi jako „niezwykłe” bywało i bywa surowo oceniane przez środowiska naukowe. Badacz, który chciał przyjrzeć się im rzetelnie, ryzykował utratę finansowania, ośmieszenie, a niekiedy nawet pozbawienie stanowiska. W efekcie samo podjęcie tematu wymagało odwagi, a każdy krok w tym kierunku wiązał się z realnym niebezpieczeństwem dla dalszej kariery.

Mam świadomość, że naukowe ujęcie zjawisk takich jak telepatia, prekognicja czy fenomeny medialne stanowi duże wyzwanie. Trudności wynikają nie tylko z natury samych zjawisk, co jest zrozumiałe, lecz także z rezerwy, a nierzadko niechęci, środowisk akademickich wobec tematyki wymykającej się standardowym metodom badawczym. Karl Popper pisał, że badacz nie ma ani potwierdzać, ani zaprzeczać, lecz poddawać hipotezy rzetelnym próbom („The Logic of Scientific Discovery”, 1959). Robert K. Merton zauważał z kolei, że nadgorliwość sceptyczna bywa równie ideologiczna jak bezkrytyczny entuzjazm .

Jeśli zatem chcemy cokolwiek ocenić rzetelnie, powinniśmy zachować bezstronność. Emocje są złym doradcą, a oczekiwanie określonego wyniku potrafi wypaczyć każdy osąd. Obiektywna prawda nie ugnie się pod ciężarem naszych życzeń. To my możemy się do niej zbliżyć, o ile damy sobie na to przestrzeń.

A jeśli wyjaśnienia na razie nie ma, należy to przyjąć z pokorą. Być może pojawi się ono później, wraz z rozwojem wiedzy, dojrzałości albo postępem nauki. Pośpiech w ferowaniu werdyktów bywa prostą drogą do kompromitacji, o czym świadczy przykład uczonych przekonanych, że meteory nie mogą spadać z nieba, „bo w niebie nie ma kamieni”. Do tej samej kategorii należą również ci, którzy sądzili, że jazda pociągiem nieuchronnie prowadzi do zawrotów głowy i wymiotów.

25 stycznia 2026

Dlaczego starożytni Egipcjanie nie robiliby noworocznych postanowień?

 

Co roku powtarza się ten sam schemat. Pierwszego stycznia mamy zacząć „nowe życie”. Wdrażamy nowe postanowienia, nowe nawyki, nową dyscyplinę. Kilka tygodni później nic z tego nie zostaje. Czy naprawdę to nasza wina? Brak silnej woli, konsekwencji albo determinacji? 
Spójrzmy na to inaczej i zrozummy wreszcie, że problem nie tkwi w nas, lecz w kalendarzu, a dokładniej w momencie, który uznaliśmy za początek.

W naszej strefie geograficznej styczeń jest środkiem zimy. To czas najkrótszych dni, najniższych temperatur i najmniejszej ilości światła. Przyroda pozostaje w stanie spoczynku. Również ludzki organizm i układ nerwowy nie są wtedy nastawione na intensywne zmiany. Nie wrzuca się ziarna w zamarzniętą ziemię.

Starożytni Egipcjanie budowali swój porządek czasu w oparciu o zjawiska przyrodnicze. Najważniejszym punktem odniesienia był wylew Nilu, opadanie wód, odsłanianie się żyznej ziemi oraz pora zbiorów. Czas nie był dla nich linią, lecz cyklem: wiecznym powrotem w porządku świata. To myślenie było ściśle związane z kultem Ozyrysa, boga śmierci i ponownych narodzin, rozpadu i odtworzenia, zaniku i powrotu życia. To, co obumiera, nie znika, lecz wraca w innej formie, zgodnie z tą samą zasadą.

W tym sensie egipski kalendarz nie służył do mierzenia upływu czasu w nowoczesnym rozumieniu. Jego funkcją było podtrzymywanie kosmicznego ładu i umożliwianie wejścia w odpowiednią fazę cyklu we właściwym momencie. Znaczenie miało nie to, czy data „zgadza się rachunkowo”, lecz to, czy świat funkcjonuje zgodnie z porządkiem. Czy Nil wylewa, kiedy powinien, czy ziemia rodzi, gdy jest na to czas, i czy rytuały są odprawiane zgodnie z ustanowionym ładem.

Egipski rok cywilny miał stałą długość 365 dni. Jego początek został pierwotnie zakotwiczony w heliakalnym (pierwszym porannym pojawieniu się nad horyzontem po okresie niewidoczności spowodowanej bliskością Słońca) wschodzie Syriusza, zwanego w Egipcie Sotis. W chwili tworzenia kalendarza moment ten zbiegał się z początkiem wylewu Nilu. To sprzężenie nie było symboliczne, lecz realne: zjawisko astronomiczne, zjawisko przyrodnicze i początek roku kalendarzowego występowały razem. Dlatego Nowy Rok był rozumiany jako powrót początku czasu, odnowienie porządku świata.

Rok rozpoczynał się pierwszego dnia pierwszego miesiąca pory wylewu, miesiąca poświęconego Thotowi (Dżehuti). Pięć dni poprzedzających Nowy Rok, formalnie nienależących do żadnej pory roku miało charakter szczególny. Był to czas wolny od pracy, okres zawieszenia pomiędzy starym a nowym porządkiem. Tradycja umieszczała w tych dniach narodziny bogów: Ozyrysa, Horusa Starszego, Seta, Izydy i Neftydy. W sensie kosmicznym był to moment ponownego ustanowienia ładu, a nie początek nowego. Z biegiem czasu pierwotne sprzężenie kalendarza z naturą zaczęło się jednak rozchodzić. Egipski kalendarz nie znał lat przestępnych, dlatego jego początek stopniowo przesuwał się względem roku słonecznego, pór roku oraz heliakalnego wschodu Syriusza. Był to naturalny skutek upływu czasu. Co istotne, Egipcjanie nie próbowali tego korygować. nadal obserwowali Nil  i oczywiście dostosowywali się do niego w pracach polowych. Jednocześnie święta i rytuały były odprawiane zgodnie z niezmiennym kalendarzem. Zjawiska przyrodnicze regulowały działanie, kalendarz regulował porządek rytualny. Te dwa porządki funkcjonowały obok siebie. Nie uznawano tego za sprzeczność.
Kalendarza nie zmieniono, ponieważ jego struktura była postrzegana jako ustanowiona zgodnie z kosmicznym ładem Maat. Zmiana kalendarza oznaczałaby ingerencję w porządek świata, a nie jego naprawę. Kalendarz miał trwać, nawet jeśli natura poruszała się dalej w swoich cyklach. 

Dziś posługujemy się globalnym kalendarzem, opartym na rachunku astronomicznym i korygowanym latami przestępnymi tak, aby zgadzał się z rokiem słonecznym. Mimo tej rachunkowej precyzji początek roku, pierwszy stycznia, nie ma żadnego realnego zakotwiczenia w cyklu przyrody. Dla jednych jest to środek zimy, dla innych pełnia lata. Z punktu widzenia natury nie dzieje się wtedy nic istotnego. 

Paradoks polega na tym, że Egipcjanie, choć ich kalendarz z czasem rozszedł się z naturą, nie stracili z oczu rytmu przyrody. My natomiast utrzymujemy kalendarz w zgodzie z ruchem Ziemi, a jednocześnie ignorujemy biologiczny i sezonowy rytm, którego jesteśmy częścią. Oczekujemy od siebie maksymalnego działania w momencie, gdy przyroda pozostaje w stanie spoczynku.

Astrologia, która wyrosła z astronomii, zachowała starszą logikę. Dla niej początek roku nie przypada   w styczniu, lecz w momencie równonocy wiosennej, gdy dzień zaczyna wyraźnie wygrywać z nocą. Zima jest czasem oczekiwania, porządkowania i przygotowania intencji. Działanie ma sens dopiero wtedy, gdy pojawiają się ku temu warunki.

Fiasko styczniowych postanowień  nie jest więc dowodem słabości charakteru. Możemy żyć w systemie administracyjnym, ale funkcjonujemy w systemie naturalnym. Ten system nie resetuje się pierwszego stycznia. Działa w rytmie światła, pór roku i biologii. Jeśli chcemy realnie zmienić coś w naszym  życiu, musimy, jak dawniej patrzeć nie tylko w kalendarz, lecz także na to, co dzieje się w świecie i w nas samych. 






 

15 stycznia 2026

Symbol zwany Kwiatem Życia

 


Zapewne spotkaliście się z symbolem nazywanym Kwiatem Życia. To układ koncentrycznie nachodzących na siebie okręgów o jednakowym promieniu, zamkniętych w kole. Motyw ten pojawia się dziś na podstawkach, kubkach „do energetyzowania wody”, wisiorkach i amuletach. Jego współczesną popularność w dużej mierze zawdzięczamy Drunvalo Melchizedekowi, autorowi książki Pradawna tajemnica Kwiatu Życia.

Z wybranych punktów tego wzoru konstruuje się układ określany jako „Owoce Życia”, z którego następnie wyprowadza się sześcian Metatrona, a z niego kolejne figury geometryczne. W dalszych interpretacjach dostrzega się w nim także kabalistyczne Drzewo Życia. Szczególną rolę odgrywa tetraedr, który nie występuje tu jako figura pojedyncza i zamknięta, lecz zostaje podwojony przez nałożenie drugiego, odwróconego tetraedru, tworząc strukturę określaną mianem „merkaby”. Kolejne przekształcenia prowadzą do rozbudowanej narracji o polach energetycznych, strukturze rzeczywistości i „ciałach subtelnych”. Całość stanowi spójny, lecz w pełni współczesny system metafizyczny.

Interesującym przykładem tej metody jest sposób, w jaki Drunvalo Melchizedek dzieli słowo merkaba na trzy sylaby i przypisuje im znaczenia zaczerpnięte z różnych języków i tradycji. Zabieg ten warto przywołać nie dlatego, że jest szczególnie wyjątkowy, lecz dlatego, że doskonale ilustruje mechanizm swobodnego łączenia skojarzeń bez respektowania granic języka i kontekstu. W jego interpretacji mer oznacza światło, natomiast ka i ba odnoszą się do egipskich pojęć duszy. Można zrozumieć tok rozumowania, który próbuje połączyć egipskie kategorie ka i ba z hebrajskim terminem merkawa. Wiadomo bowiem, że w historii istniały okresy kontaktów między ludnością izraelską a Egiptem. Sam fakt kontaktów kulturowych nie uprawnia jednak do automatycznego przenoszenia pojęć religijnych między systemami, zwłaszcza tak złożonymi i wewnętrznie spójnymi jak religia egipska i teologia biblijna.

Zauważyłam, że w nowoczesnej ezoteryce bardzo często powtarza się ten sam mechanizm. Autorzy takich narracji są mistrzami skojarzeń: mieszają idee, historie, cywilizacje, symbole i wątki, a następnie łączą je w jedną, pozornie logiczną całość. Wszystko zaczyna do siebie pasować, ponieważ wystarczy przyjąć określone założenia, na przykład istnienie jednej, przedwiecznej wiedzy wspólnej wszystkim kulturom. Wówczas można swobodnie łączyć języki, znaczenia i symbole, wybierając to, co jest do siebie podobne geometrycznie, wizualnie lub ideologicznie. Jest to klasyczny przykład cherry pickingu. Nie ma tu żadnego uprawnienia historycznego ani filologicznego, ale powstaje narracja atrakcyjna i sugestywna.

Dokładnie tak dzieje się w przypadku Kwiatu Życia, Metatrona i merkaby. Mamy ornament geometryczny znaleziony w świątyni w Abydos: symetryczny, regularny i na tyle „płodny”, że można z niego wyprowadzać kolejne formy — diagramy, mandale, bryły platońskie, a nawet złożone figury przestrzenne. Jest to konstrukcja płaska, więc nic nie stoi na przeszkodzie, by łączyć w niej różne punkty i otrzymywać coraz bardziej skomplikowane rysunki. Po przeniesieniu ich w przestrzeń pojawiają się bryły, ruch, obrót, a w końcu wirujący podwójny tetraedr.

Do tego zestawu dołącza się kabałę: pojęcie merkaby, postać Metatrona, motywy rydwanu i tronu. Następnie pojawia się człowiek witruwiański Leonarda da Vinci, pentagram wpisany w ludzką sylwetkę i interpretacja całości jako „ciała eterycznego” człowieka. Każdy z tych elementów pochodzi z innego porządku: innej epoki, innej tradycji i pełnił pierwotnie inną funkcję. W narracji ezoterycznej zostają jednak połączone w jedną całość.

To połączenie działa, ponieważ jest estetyczne i sugestywne. Wirujący tetraedr wygląda efektownie, symetria uspokaja oko, a analogiczne formy uruchamiają skojarzenia. W ten sposób powstaje sieć znaczeń, która jest spójna narracyjnie, choć nie wynika z żadnej ciągłości historycznej. Motywy przypominające płatki rozet — powstające w miejscach przecięć okręgów — pojawiają się w wielu kulturach jako ornamenty. Są one naturalnym efektem pracy z kołem i symetrią, a nie dowodem istnienia uniwersalnego „kodu stworzenia”.

W gruncie rzeczy przypomina to kuchnię fusion. Bierze się składniki z różnych tradycji i tworzy nową potrawę, czasem bardzo atrakcyjną. Historia idei nie jest jednak kuchnią. Nie wszystko, co da się połączyć, można łączyć bez utraty sensu. To, że coś wygląda spójnie, nie oznacza, że ma wspólne źródło.

Skojarzenia same w sobie nie są problemem. Problem pojawia się wtedy, gdy stają się metodą poznania. Wówczas każde podobieństwo przestaje być przypadkowe, a każdą narrację można uznać za uzasadnioną. 

Rozważając współczesne interpretacje Kwiatu Życia, warto wyraźnie oddzielić samą formę geometryczną od znaczeń, które przypisano jej dopiero w czasach nowożytnych. W najprostszym ujęciu mamy do czynienia z układem nachodzących na siebie okręgów. Koło, jako figura zamknięta i jednorodna, od dawna uchodzi za formę harmonijną; można więc żartobliwie powiedzieć, że jego powielanie prowadzi do „wielokrotnej doskonałości”.

W analizie tego motywu warto jasno oddzielić trzy porządki: to, co rzeczywiście znajduje się w tekstach filozoficznych Platona, to, co stanowi współczesną grę interpretacyjną, oraz to, co jest częścią systemu metafizycznego zaproponowanego przez Drunvalo Melchizedeka. Nie dlatego, że wzór ten zawiera wszystkie te znaczenia, lecz dlatego, że jest geometrycznie banalny i wyjątkowo podatny na projekcję. To matryca, na której można „narysować” niemal wszystko, podobnie jak na kartce w kratkę.

Jeżeli współczesny człowiek traktuje Kwiat Życia jako symbol osobisty, medytacyjny lub estetyczny, nie ma w tym nic problematycznego. Symbole mogą znaczyć to, co im przypisujemy, to naturalny mechanizm kulturowy.

A jakie są fakty?
Są skromne i mało spektakularne. Wzór, o którym mowa, znajduje się na jednym z bloków Osireionu — megalitycznej struktury położonej przy świątyni Setiego I w Abydos. Jest to płytko wyryty ornament złożony z nachodzących na siebie okręgów, wykonany bez pigmentu. Występują tam dwa takie rysunki, niewielkie i umieszczone na wysokości oczu. Motyw ten nie został odnotowany w pierwszej szczegółowej dokumentacji Osireionu opublikowanej w 1918 roku przez Margaret Murray na łamach The Journal of Egyptian Archaeology, która do dziś stanowi punkt odniesienia dla badań nad tym obiektem. Technika wykonania nie odpowiada żadnemu znanemu etapowi dekoracji świątynnych. Nie istnieją również starożytne teksty opisujące ten motyw. Możliwe więc, że wzór został wykonany w późnym okresie — w epoce grecko-rzymskiej, koptyjskiej, średniowieczu lub jeszcze później. Egiptolodzy, z których prac tu korzystam, nie przypisują mu szczególnego znaczenia religijnego ani symbolicznego.


Bibliografia

Melchizedek, Drunvalo,
Pradawna tajemnica Kwiatu Życia, t. 1,
Warszawa: Wydawnictwo Centrum, 2005.

Niwiński, Andrzej,
Mity i symbole starożytnego Egiptu,
Warszawa: Wydawnictwo ProEgipt, 1992.

Niwiński, Andrzej,
Bóstwa, kulty i rytuały starożytnego Egiptu,
Warszawa: Wydawnictwo ProEgipt, 1993.

Hornung, Erik,
Egipt ezoteryczny. Tajemna wiedza Egipcjan i jej wpływ na kulturę Zachodu,
tłumaczenie, redakcja naukowa: Andrzej Niwiński,
Warszawa: Wydawnictwo Uniwersytetu Warszawskiego, 2025.



13 stycznia 2026

Rozprawa o hunie i z ...huną

 

 

 


Huna oznacza po prostu „tajemnicę”. Jest to zwykłe słowo z języka hawajskiego, które nigdy nie było nazwą systemu religijnego ani duchowego. Jako nazwa doktryny zostało ono wprowadzone dopiero w XX wieku przez Max Freedoma Longa i funkcjonuje wyłącznie w jego książkach oraz w publikacjach autorów, którzy się na niego powołują. Poza tym obiegiem huna nie istnieje. Nie pojawia się ani w etnografii Hawajów, ani w słownikach języka hawajskiego, ani w zapisach ustnych tradycji, ani w pracach misjonarzy czy badaczy XIX i początku XX wieku.

Sam Long nie był antropologiem ani religioznawcą. Był pisarzem zainteresowanym okultyzmem, psychologią i duchowością popularną swoich czasów. W swoich książkach powoływał się na kontakty z profesorem Williamem Tuftsem Brighamem, znanym badaczem Hawajów i wieloletnim dyrektorem Bishop Museum. Brigham rzeczywiście istniał i był cenionym naukowcem, jednak nigdy nie pisał o religii zwanej Huną ani o jakiejkolwiek „tajnej wiedzy kahunów”. Ten sposób legitymizowania narracji, poprzez odwołanie się do pośredniego autorytetu, którego rzekome nauki znamy wyłącznie z relacji autora, przypomina znane z historii filozofii strategie budowania ciągłości przekazu. Różnica polega na tym, że w przypadku Huny nie istnieje żaden niezależny ślad potwierdzający istnienie takiego przekazu.

Istnieli natomiast kahuni, co często bywa mylone z istnieniem samej huny. Termin kahuna oznaczał po prostu fachowca, specjalistę w określonej dziedzinie. Mógł to być kapłan rytualny, znachor, wróżbita, budowniczy łodzi czy znawca astronomii. Nie istniała jedna kasta „mistrzów tajemnej wiedzy” ani jednolity system doktrynalny, który można by uznać za religię kahunów. Long dodatkowo rozbił słowo ka-hu-na na sylaby i przypisał im własne, symboliczne znaczenia, tłumacząc kahunę jako „mistrza energii życiowej”. Tego rodzaju analiza nie ma podstaw językowych i nie odpowiada zasadom interpretacji języka hawajskiego.

Podobnie wygląda sprawa z kluczowymi terminami, które Long wykorzystał do zbudowania swojego systemu. Uhane oznacza ducha lub umysł, a nie „świadomość” w sensie psychologicznym. Unihipili to duch zmarłego, często istota niebezpieczna, uwięziona przez kahunę, a nie „podświadomość”. Aumakua to duch przodka, opiekun rodu, a nie żadna „nadświadomość”. Przekształcenie tych pojęć w trójdzielny model psychiki nie pochodzi z tradycji hawajskiej, lecz z nowoczesnych koncepcji psychologicznych, nałożonych na egzotyczne słownictwo.

W latach trzydziestych XX wieku kultura Hawajów i ich język nie były jeszcze tak dobrze zbadane jak dziś, co zostawiało duże pole dla interpretacyjnej swobody. Trzeba przyznać, że Long wykorzystał to bardzo sprawnie. Sama dałam się tej narracji uwieść. Przez długi czas wierzyłam w opowieść Maxa Freedom Longa o hunie jako starożytnej wiedzy kahunów, przekazywanej przez pokolenia i odkrytej przypadkiem przez badacza. Powtarzałam w dobrej wierze, że huna jest dawnym systemem duchowym, który w niezwykły sposób pokrywa się z ustaleniami współczesnej psychologii. Dopiero teraz widzę, jak bardzo się myliłam.

Long nie odkrył starożytnej nauki. On ją stworzył. Połączył elementy wczesnej psychologii XX wieku, autosugestii, nurtu New Thought oraz wątków teozoficznych. New Thought był amerykańskim ruchem metafizycznym, który zakładał twórczą moc myśli, afirmacji i pracy z przekonaniami, traktując umysł jako narzędzie kształtowania rzeczywistości. Ten nowoczesny materiał został następnie ubrany w polinezyjskie nazwy, które – jak dziś wiemy dzięki badaniom językoznawczym i etnograficznym – nie znaczą tego, co Long im przypisywał. Całość została osadzona w fikcyjnym starożytnym rodowodzie, który miał nadać systemowi większą wiarygodność.

Ujęła mnie spójność tej narracji i jej wewnętrzna logika. Metody pracy z wyobraźnią, afirmacje czy koncentracja na intencji mogą mieć realną wartość psychologiczną i w tym sensie Huna nie jest pozbawiona znaczenia. Problem polega jednak na czym innym: źródła, na które system ten się powoływał, okazały się fikcyjne. Nie starożytność inspirowała nowoczesną psychologię. To raczej nowoczesna psychologia, teozofia i duchowość New Thought zostały wpisane w kostium rzekomej starożytności.

W tym miejscu warto przyjrzeć się także samemu symbolowi, który stał się znakiem Huny. Medytacja form okrągłych nie jest ani nowa, ani odkrywcza. Krąg od tysięcy lat funkcjonuje jako forma kontemplacji, porządkowania doświadczenia i skupienia uwagi. Pojawia się w filozofii platońskiej i neoplatońskiej jako symbol jedni i powrotu do źródła, w tradycjach indyjskich i buddyjskich jako mandala, a w XX wieku także w psychologii analitycznej jako obraz integracji psychiki. Skuteczność pracy z takim symbolem nie wynika z jego rzekomego hawajskiego pochodzenia, lecz z uniwersalnych mechanizmów percepcji i koncentracji.

Symbol używany w hunie działa więc o tyle, o ile działa jako krąg. Nie dlatego, że niesie w sobie tajemną wiedzę kahunów, lecz dlatego, że odwołuje się do formy od dawna obecnej w historii idei i praktykach medytacyjnych. Forma jest tu starsza i trwalsza niż narracja, którą do niej dołączono. Problemem nie jest sam symbol, lecz opowieść o jego pochodzeniu.

Dlatego huna nie stanowi kontynuacji Drzewa Życia z Kabały ani jej odmiany, lecz drugą gałąź tego samego drzewa idei: całkowicie zinternalizowaną, antropocentryczną i dostosowaną do nowoczesnego sposobu myślenia. To, co Long opisywał jako konflikty między trzema „duchami”, wstyd „podświadomości” czy wewnętrzne napięcia przypominające teologiczne obrazy winy i potępienia, nie było hawajską duchowością. Było jego własnym połączeniem psychologii i okultyzmu, silnie inspirowanym teozofią.

Nadużyciem Longa nie było samo poszukiwanie narzędzi pracy nad sobą, lecz wprowadzenie czytelnika w błąd co do ich pochodzenia. Jest to ten sam mechanizm, który powraca w wielu konstrukcjach duchowych XX wieku:np egipskiego rodowodu tarota czy Księgi Welesa, przedstawianej jako „prasłowiańska ewangelia”, a będącej fałszerstwem. Idea wydaje się bardziej wiarygodna, gdy zostaje ubrana w legendę o pradawnym pochodzeniu. Mechanizm jest prosty, ale niezwykle skuteczny.

Nota bene w polskiej Wikipedii nadal ten termin jest tłumaczony tak jak czynił to Max Freedom Long, bez rzetelnej analizy źródeł. Na szczęście jest jeszcze Wikipedia w języku angielskim.

Źródła:

1.http://www.tradycjaezoteryczna.ug.edu.pl/node/1104 Nowej Myśli Ruch (New Thought)

Wikipedia Huna (New Age)

www.wehewehe.org Hawaiian dictionaries

obrazek Chatgpt

12 stycznia 2026

Astrolog wpisany w koło historii Anglii

 

 

 

 

 Astrolog w czasach rewolucji

William Lilly (1602-1681) praktykę rozpoczął około czterdziestki – i akurat wtedy w Anglii wybuchła rewolucja przeciwko królowi Karolowi I.
 Lepszego momentu na rozpoczęcie praktyki trudno szukać.

„Jak trwoga, to do astrologa.” Przyjmował wszystkich – ubogie dziewczęta służebne, panny na wydaniu, marynarzy, właścicieli pubów. Był też lekarzem. Złośliwi mówili o nim siku-prorok, ponieważ stawiał zdrowotne diagnozy horarne w chwili, gdy klient przynosił mu próbkę moczu.

Młode kobiety pytały: „Czy wyjść za tego kandydata?” Starsi: „Co z moim synem?” Zdarzały się też porady polityczne, bo Lilly zaczął praktykę właśnie w czasie wielkich niepokojów – rewolucji Olivera Cromwella.

Jego prognozy były trafne i – zwłaszcza na początku – niedrogie. Może dlatego, że sam pochodził z ubogiej rodziny, a los odmienił się dzięki nadzwyczajnym okolicznościom: poślubił wdowę po swoim chlebodawcy.

Astrologiczna praktyka rozkręciła się na dobre w czasie rewolucji. Podobno Lilly doradzał Cromwellowi – i dlatego rewolucja zwyciężyła, a król został obalony i ścięty.

Lilly nie ograniczał się tylko do astrologii horarnej, czyli spraw jednostkowych. Publikował również prognozy mundalne – dotyczące całych państw. Przewidział wyrok i śmierć Karola I Stuarta oraz pożar Parlamentu.

Jego zdolności prognostyczne, obok sukcesów, przyniosły mu też kłopoty. Skoro przewidział pożar Parlamentu, to – według niektórych – musiał być osobiście odpowiedzialny. Sam Cromwell nie raz wyciągał astrologa z tarapatów.

Wpływ Lilly’ego na losy Anglii widać w historii. Kampania Parlamentarna – z początku zbieranina zwolenników rewolucji – była gotowa do starcia z wojskiem króla już w kwietniu 1645 roku, a jednak czekała do czerwca z rozpoczęciem bitwy pod Naseby, po której Karol został pojmany i postawiony przed sądem.

Współcześni historycy, lekceważący astrologię, często dziwią się tej zwłoce. Dlaczego Parlament czekał, skoro miał przewagę? Odpowiedź brzmi: to Lilly wyznaczył datę. Zajrzał do horoskopu króla Karola (nie wiadomo, skąd go miał) i obliczył dyrekcje prymarne. Wskazywały one, że czerwiec 1645 roku będzie dla monarchy szczególnie fatalny.

W swoim almanachu Lilly pisał:

„Dziesiątego lub jedenastego czerwca przypadkowo może spotkać nieszczęście jednego z wielkich Anglii, i to wcale nie byle kogo… Niebiosa przez pewien czas groźnie patrzą na naszych wrogów… Zjednoczmy się całkowicie, bo mamy ku temu wielki powód, a wtedy, jeśli będziemy walczyć, zwycięstwo przyjdzie niespodziewanie… Bez wątpienia dzień należy do nas, jeśli Bóg da nam mądrość, by dobrze wykorzystać czas.”

Po restauracji monarchii rojaliści nieskutecznie próbowali oczerniać lub wykpiwać Lilly’ego. 

Astrolog Cromwella wycofał się z polityki i powrócił do tego, co robił, zanim stał się Wielkim Lillym – doradzania ludziom. Na swojej praktyce nieźle zarobił i kupił niewielką posiadłość w Hersham w hrabstwie Surrey, gdzie prowadził praktykę medyczno-astrologiczną.

Zmarł w 1681 roku. 

W 2003 roku umieszczono tablicę pamiątkową obok nieczynnej stacji metra Aldwych przy Strand. 
Lilly mieszkał w domu stojącym w tym miejscu w latach 1627–1665.

 

Aby otrzymać tzw. „tablicę westminsterską”, trzeba być wysoko cenionym w swoim zawodzie, wnieść pozytywny wkład w dobro lub szczęście ludzkości, a także być rozpoznawalnym dla dobrze poinformowanego przechodnia lub zasługiwać na uznanie ogólnonarodowe. Pierwszą osobą uhonorowaną w ten sposób był Winston Churchill; inni to m.in. Oscar Wilde i pionier komputerów Charles Babbage. Lilly został 53. wyróżnionym  i pierwszym astrologiem, który otrzymał taką tablicę.

📖 Źródła:

    Catherine Blackledge, The Man Who Saw The Future. A Biography of William Lilly, the 17th-Century Astrologer who Changed the Course of the English Civil War. www.astro.com
     

    zdjęcia  Wikipedia public domain by age (Lilly died in 1681).

03 stycznia 2026

Astrologia, Chat GPT i próby uporania się z moimi wątpliwościami



Wraz z popularyzacją sztucznej inteligencji pojawiło się przekonanie, że dostęp do wiedzy stał się niemal nieograniczony. Wystarczy zadać pytanie, a odpowiedź pojawia się natychmiast. Teoretycznie powinno to prowadzić do wzrostu poziomu wiedzy i krytycznego myślenia. W praktyce jednak dzieje się coś odwrotnego. Głupota nie tylko nie znika, ale często staje się głośniejsza, lepiej zorganizowana  i, co istotne, bardziej opłacalna. 

Nie jest to zjawisko nowe. Internet od dawna zawiera zarówno treści wartościowe, jak i zupełne bzdury. Nowe jest jedynie tempo i skala ich rozpowszechniania. Sztuczna inteligencja nie zmieniła i nie zmieni ludzkiej natury. Model językowy nie jest autorytetem i nie posiada wiedzy w sensie ludzkim. Nie odróżnia prawdy od fałszu ani rzetelnego źródła od popularnej bzdury. Operuje wyłącznie wzorcami językowymi obecnymi w danych na których został wytrenowany. Jeśli w danej dziedzinie panuje chaos pojęciowy, algorytm ten chaos odtworzy. Jeśli dominują uproszczenia i emocjonalne narracje, one również zostaną wzmocnione. 

Astrologia jest dziedziną szczególnie podatną na ten mechanizm. Brak jednego kanonu, wielość szkół, historyczna zmienność pojęć oraz ogromna liczba tekstów popularnych sprawiają, że te same terminy funkcjonują dziś w zupełnie różnych znaczeniach. W takich warunkach model językowy nie ma możliwości rozstrzygania sporów merytorycznych ani hierarchizowania tradycji. Może jedynie odtwarzać zastane wzorce językowe wraz z całym ich bałaganem. W tym miejscu pojawia się kwestia odpowiedzialności. To nie sztuczna inteligencja decyduje o źródłach, z których korzysta. Decyduje o tym użytkownik. To on określa ramy metodologiczne, wybiera tradycję, dopuszcza lub nie dopuszcza łączenia szkół, formułuje pytanie i definiuje zakres odpowiedzi. Ogólne pytanie skutkuje ogólną odpowiedzią. Brak rygoru po stronie użytkownika prowadzi do mieszaniny pojęć, którą algorytm jedynie porządkuje językowo. 

Często zarzuca się sztucznej inteligencji, że „zawsze chwali” i przytakuje użytkownikowi, niezależnie od jakości jego rozumowania. W rzeczywistości jest to efekt sposobu zadawania pytań. Jeśli użytkownik formułuje tezę i oczekuje jej potwierdzenia, otrzyma potwierdzenie. Jeśli natomiast prosi o weryfikację, dopuszcza możliwość błędu i jasno określa, że zależy mu na korekcie, odpowiedź wygląda zupełnie inaczej. Narzędzie nie myśli za człowieka, ale bardzo skutecznie ujawnia, czy człowiek myśli sam. 

ChatGPT nie zna dzisiejszej pogody ani aktualnej sytuacji politycznej. Pamiętajmy jednak, że model językowy nie zna sytuacji bieżącej i nie ma dostępu do aktualnych danych. Nie można więc pytać go o prognozę pogody ani żądać rzetelnego opisu aktualnych wydarzeń politycznych. W tym sensie różni się on zasadniczo od komputera pokładowego znanego z „Star Trek”, który w fikcji dysponuje aktualnymi danymi i reaguje w czasie rzeczywistym. Problem staje się poważniejszy wtedy, gdy odpowiedzi brzmią tak, jakby były oparte na bieżących informacjach, podczas gdy w rzeczywistości są jedynie uogólnieniami wynikającymi z wcześniejszych wzorców. Nie jest to wiedza empiryczna, lecz rozumowanie statystyczne. Narzędzie nie sygnalizuje samoistnie granicy między brakiem wiedzy a przypuszczeniem opartym na prawdopodobieństwie. Nie jest to kwestia intencji, lecz konstrukcji modelu. Tym większa odpowiedzialność spoczywa więc na użytkowniku, który musi wiedzieć, w jakich obszarach jedyną uczciwą odpowiedzią pozostaje: „nie wiem”. W tym kontekście pojawia się wrażenie, że ChatGPT „prorokuje”. Nie wynika ono jednak z dostępu do przyszłości ani z jakiejkolwiek formy intuicji, lecz z pracy na wzorcach historycznych. Znając przeszłość, można z pewnym prawdopodobieństwem przewidywać kierunek rozwoju zdarzeń. Trafność takich przewidywań nie opiera się na objawieniu, lecz na rozpoznaniu powtarzalności procesów. Można tu przywołać słowa z pieśni Jacka Kaczmarskiego ...„pamiętamy, co było, więc wiemy, co będzie”... Nie jako deklarację determinizmu, lecz jako skrót myślowy opisujący mechanizm wnioskowania o przyszłości na podstawie przeszłości. 

Dokładnie na tej samej zasadzie działa dobra prognoza astrologiczna. Astrolog nie „widzi przyszłości”. Zna przeszłość: historię pojęć, reguł, cykli, analogii oraz kontekst, w jakim powstały stosowane techniki. Bez tej wiedzy prognoza staje się zgadywaniem. Z nią jest rozumowaniem opartym na prawdopodobieństwie, a nie na objawieniu.

Nie mam powodu ukrywać, że korzystam ze sztucznej inteligencji. Korzystam z niej świadomie i w jasno określony sposób. Nie po to, by zastępowała moje źródła ani podejmowała decyzje interpretacyjne, lecz po to, by porządkowała materiał, z którym pracuję, i pomagała mi sprawdzić, czy poprawnie rozumiem to, co czytam. Dotyczy to zwłaszcza obszarów technicznych, takich jak geometria sferyczna czy zagadnienia obliczeniowe, które są nieodłączną częścią astrologii i wymagają dużej precyzji. Praca wygląda prosto: cytuję konkretny podręcznik, wskazuję fragment i sprawdzam krok po kroku sens pojęć oraz konsekwencje logiczne. Nie proszę o interpretację „od siebie”, lecz o uporządkowanie relacji między elementami już obecnymi w źródle. Narzędzie porusza się wyłącznie w ramach, które mu wyznaczę. Publikacje naukowe i źródłowe są akceptowalne, treści popularne i internetowe uproszczenia odrzucam. Można to porównać do pieczenia ciasta. Jeśli użyje się złych składników albo niewłaściwych proporcji, efekt będzie niesmaczny. Nikt jednak nie obwinia piekarnika. Ze sztuczną inteligencją jest podobnie. Jakość wyniku zależy od jakości materiału wejściowego i kompetencji osoby, która z narzędzia korzysta. 

Problem, który obserwujemy, nie jest więc problemem technologicznym. Jest problemem kulturowym i poznawczym. Wielu ludzi nie chce weryfikować informacji, nie toleruje niepewności i nie szuka prawdy, lecz potwierdzenia własnych przekonań. Sztuczna inteligencja nie czyni nikogo mądrzejszym ani głupszym. Nie psuje astrologii i nie jest dla niej zagrożeniem. Jest lustrem. Pokazuje, kto rzeczywiście pracuje ze źródłami, kto potrafi zadawać pytania i przyjmować korektę, a kto jedynie chce mieć rację. Odpowiedzialności za myślenie nie da się zautomatyzować. I żadna technologia tego nie zmieni.