Co roku powtarza się ten sam schemat. Pierwszego stycznia mamy zacząć „nowe życie”. Wdrażamy nowe postanowienia, nowe nawyki, nową dyscyplinę. Kilka tygodni później nic z tego nie zostaje. Czy naprawdę to nasza wina? Brak silnej woli, konsekwencji albo determinacji?
Spójrzmy na to inaczej i zrozummy wreszcie, że problem nie tkwi w nas, lecz w kalendarzu, a dokładniej w momencie, który uznaliśmy za początek.
W naszej strefie geograficznej styczeń jest środkiem zimy. To czas najkrótszych dni, najniższych temperatur i najmniejszej ilości światła. Przyroda pozostaje w stanie spoczynku. Również ludzki organizm i układ nerwowy nie są wtedy nastawione na intensywne zmiany. Nie wrzuca się ziarna w zamarzniętą ziemię.
Starożytni Egipcjanie budowali swój porządek czasu w oparciu o zjawiska przyrodnicze. Najważniejszym punktem odniesienia był wylew Nilu, opadanie wód, odsłanianie się żyznej ziemi oraz pora zbiorów. Czas nie był dla nich linią, lecz cyklem: wiecznym powrotem w porządku świata. To myślenie było ściśle związane z kultem Ozyrysa, boga śmierci i ponownych narodzin, rozpadu i odtworzenia, zaniku i powrotu życia. To, co obumiera, nie znika, lecz wraca w innej formie, zgodnie z tą samą zasadą.
W tym sensie egipski kalendarz nie służył do mierzenia upływu czasu w nowoczesnym rozumieniu. Jego funkcją było podtrzymywanie kosmicznego ładu i umożliwianie wejścia w odpowiednią fazę cyklu we właściwym momencie. Znaczenie miało nie to, czy data „zgadza się rachunkowo”, lecz to, czy świat funkcjonuje zgodnie z porządkiem. Czy Nil wylewa, kiedy powinien, czy ziemia rodzi, gdy jest na to czas, i czy rytuały są odprawiane zgodnie z ustanowionym ładem.
Egipski rok cywilny miał stałą długość 365 dni. Jego początek został pierwotnie zakotwiczony w heliakalnym (pierwszym porannym pojawieniu się nad horyzontem po okresie niewidoczności spowodowanej bliskością Słońca) wschodzie Syriusza, zwanego w Egipcie Sotis. W chwili tworzenia kalendarza moment ten zbiegał się z początkiem wylewu Nilu. To sprzężenie nie było symboliczne, lecz realne: zjawisko astronomiczne, zjawisko przyrodnicze i początek roku kalendarzowego występowały razem. Dlatego Nowy Rok był rozumiany jako powrót początku czasu, odnowienie porządku świata.
Rok rozpoczynał się pierwszego dnia pierwszego miesiąca pory wylewu, miesiąca poświęconego Thotowi (Dżehuti). Pięć dni poprzedzających Nowy Rok, formalnie nienależących do żadnej pory roku miało charakter szczególny. Był to czas wolny od pracy, okres zawieszenia pomiędzy starym a nowym porządkiem. Tradycja umieszczała w tych dniach narodziny bogów: Ozyrysa, Horusa Starszego, Seta, Izydy i Neftydy. W sensie kosmicznym był to moment ponownego ustanowienia ładu, a nie początek nowego. Z biegiem czasu pierwotne sprzężenie kalendarza z naturą zaczęło się jednak rozchodzić. Egipski kalendarz nie znał lat przestępnych, dlatego jego początek stopniowo przesuwał się względem roku słonecznego, pór roku oraz heliakalnego wschodu Syriusza. Był to naturalny skutek upływu czasu. Co istotne, Egipcjanie nie próbowali tego korygować. nadal obserwowali Nil i oczywiście dostosowywali się do niego w pracach polowych. Jednocześnie święta i rytuały były odprawiane zgodnie z niezmiennym kalendarzem. Zjawiska przyrodnicze regulowały działanie, kalendarz regulował porządek rytualny. Te dwa porządki funkcjonowały obok siebie. Nie uznawano tego za sprzeczność.
Kalendarza nie zmieniono, ponieważ jego struktura była postrzegana jako ustanowiona zgodnie z kosmicznym ładem Maat. Zmiana kalendarza oznaczałaby ingerencję w porządek świata, a nie jego naprawę. Kalendarz miał trwać, nawet jeśli natura poruszała się dalej w swoich cyklach.
Dziś posługujemy się globalnym kalendarzem, opartym na rachunku astronomicznym i korygowanym latami przestępnymi tak, aby zgadzał się z rokiem słonecznym. Mimo tej rachunkowej precyzji początek roku, pierwszy stycznia, nie ma żadnego realnego zakotwiczenia w cyklu przyrody. Dla jednych jest to środek zimy, dla innych pełnia lata. Z punktu widzenia natury nie dzieje się wtedy nic istotnego.
Paradoks polega na tym, że Egipcjanie, choć ich kalendarz z czasem rozszedł się z naturą, nie stracili z oczu rytmu przyrody. My natomiast utrzymujemy kalendarz w zgodzie z ruchem Ziemi, a jednocześnie ignorujemy biologiczny i sezonowy rytm, którego jesteśmy częścią. Oczekujemy od siebie maksymalnego działania w momencie, gdy przyroda pozostaje w stanie spoczynku.
Astrologia, która wyrosła z astronomii, zachowała starszą logikę. Dla niej początek roku nie przypada w styczniu, lecz w momencie równonocy wiosennej, gdy dzień zaczyna wyraźnie wygrywać z nocą. Zima jest czasem oczekiwania, porządkowania i przygotowania intencji. Działanie ma sens dopiero wtedy, gdy pojawiają się ku temu warunki.
Fiasko styczniowych postanowień nie jest więc dowodem słabości charakteru. Możemy żyć w systemie administracyjnym, ale funkcjonujemy w systemie naturalnym. Ten system nie resetuje się pierwszego stycznia. Działa w rytmie światła, pór roku i biologii. Jeśli chcemy realnie zmienić coś w naszym życiu, musimy, jak dawniej patrzeć nie tylko w kalendarz, lecz także na to, co dzieje się w świecie i w nas samych.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz