27 stycznia 2026

Z pamiętnika sceptyka


 

Esej niniejszy powstał z potrzeby uporządkowania moich drobnych rozczarowań związanych ze światem zjawisk niezwykłych. Od dzieciństwa fascynowało mnie to, co nieznane, dlatego od lat sięgam po publikacje poświęcone tematom, którym świat nauki poświęca niewiele uwagi. Z czasem zaczęłam jednak natrafiać na wątki budzące moje poważne wątpliwości.

Zauważyłam, że wielu autorów teorii ezoterycznych z wyraźnym upodobaniem odwołuje się do rzekomego dziedzictwa starożytnych lub wręcz mitycznych cywilizacji, czyniąc wsparciem dla swoich tez mgliste „badania” albo wyjątkowo kręty wywód. Argumenty te, choć często atrakcyjne w formie, okazują się trudne do zweryfikowania, a niekiedy oparte raczej na swobodnych skojarzeniach niż na rzetelnych źródłach.

Współczesna technologia, a zwłaszcza łatwy dostęp do międzynarodowych baz artykułów naukowych, pozwala dziś konfrontować tego rodzaju twierdzenia i w wielu przypadkach podać je w poważną wątpliwość. Z drugiej strony kontakt ze zjawiskami, których badacz nie rozumie i w które być może wcale nie wierzy, wymaga zachowania szczególnej ostrożności i bezstronności. Łatwo tu bowiem o pokusę zarówno bezkrytycznej fascynacji, jak i automatycznego odrzucenia.

Istniał jednak, i nadal istnieje, problem znacznie poważniejszy. Zainteresowanie zjawiskami określanymi jako „niezwykłe” bywało i bywa surowo oceniane przez środowiska naukowe. Badacz, który chciał przyjrzeć się im rzetelnie, ryzykował utratę finansowania, ośmieszenie, a niekiedy nawet pozbawienie stanowiska. W efekcie samo podjęcie tematu wymagało odwagi, a każdy krok w tym kierunku wiązał się z realnym niebezpieczeństwem dla dalszej kariery.

Mam świadomość, że naukowe ujęcie zjawisk takich jak telepatia, prekognicja czy fenomeny medialne stanowi duże wyzwanie. Trudności wynikają nie tylko z natury samych zjawisk, co jest zrozumiałe, lecz także z rezerwy, a nierzadko niechęci, środowisk akademickich wobec tematyki wymykającej się standardowym metodom badawczym. Karl Popper pisał, że badacz nie ma ani potwierdzać, ani zaprzeczać, lecz poddawać hipotezy rzetelnym próbom („The Logic of Scientific Discovery”, 1959). Robert K. Merton zauważał z kolei, że nadgorliwość sceptyczna bywa równie ideologiczna jak bezkrytyczny entuzjazm .

Jeśli zatem chcemy cokolwiek ocenić rzetelnie, powinniśmy zachować bezstronność. Emocje są złym doradcą, a oczekiwanie określonego wyniku potrafi wypaczyć każdy osąd. Obiektywna prawda nie ugnie się pod ciężarem naszych życzeń. To my możemy się do niej zbliżyć, o ile damy sobie na to przestrzeń.

A jeśli wyjaśnienia na razie nie ma, należy to przyjąć z pokorą. Być może pojawi się ono później, wraz z rozwojem wiedzy, dojrzałości albo postępem nauki. Pośpiech w ferowaniu werdyktów bywa prostą drogą do kompromitacji, o czym świadczy przykład uczonych przekonanych, że meteory nie mogą spadać z nieba, „bo w niebie nie ma kamieni”. Do tej samej kategorii należą również ci, którzy sądzili, że jazda pociągiem nieuchronnie prowadzi do zawrotów głowy i wymiotów.

25 stycznia 2026

Dlaczego starożytni Egipcjanie nie robiliby noworocznych postanowień?

 

Co roku powtarza się ten sam schemat. Pierwszego stycznia mamy zacząć „nowe życie”. Wdrażamy nowe postanowienia, nowe nawyki, nową dyscyplinę. Kilka tygodni później nic z tego nie zostaje. Czy naprawdę to nasza wina? Brak silnej woli, konsekwencji albo determinacji? 
Spójrzmy na to inaczej i zrozummy wreszcie, że problem nie tkwi w nas, lecz w kalendarzu, a dokładniej w momencie, który uznaliśmy za początek.

W naszej strefie geograficznej styczeń jest środkiem zimy. To czas najkrótszych dni, najniższych temperatur i najmniejszej ilości światła. Przyroda pozostaje w stanie spoczynku. Również ludzki organizm i układ nerwowy nie są wtedy nastawione na intensywne zmiany. Nie wrzuca się ziarna w zamarzniętą ziemię.

Starożytni Egipcjanie budowali swój porządek czasu w oparciu o zjawiska przyrodnicze. Najważniejszym punktem odniesienia był wylew Nilu, opadanie wód, odsłanianie się żyznej ziemi oraz pora zbiorów. Czas nie był dla nich linią, lecz cyklem: wiecznym powrotem w porządku świata. To myślenie było ściśle związane z kultem Ozyrysa, boga śmierci i ponownych narodzin, rozpadu i odtworzenia, zaniku i powrotu życia. To, co obumiera, nie znika, lecz wraca w innej formie, zgodnie z tą samą zasadą.

W tym sensie egipski kalendarz nie służył do mierzenia upływu czasu w nowoczesnym rozumieniu. Jego funkcją było podtrzymywanie kosmicznego ładu i umożliwianie wejścia w odpowiednią fazę cyklu we właściwym momencie. Znaczenie miało nie to, czy data „zgadza się rachunkowo”, lecz to, czy świat funkcjonuje zgodnie z porządkiem. Czy Nil wylewa, kiedy powinien, czy ziemia rodzi, gdy jest na to czas, i czy rytuały są odprawiane zgodnie z ustanowionym ładem.

Egipski rok cywilny miał stałą długość 365 dni. Jego początek został pierwotnie zakotwiczony w heliakalnym (pierwszym porannym pojawieniu się nad horyzontem po okresie niewidoczności spowodowanej bliskością Słońca) wschodzie Syriusza, zwanego w Egipcie Sotis. W chwili tworzenia kalendarza moment ten zbiegał się z początkiem wylewu Nilu. To sprzężenie nie było symboliczne, lecz realne: zjawisko astronomiczne, zjawisko przyrodnicze i początek roku kalendarzowego występowały razem. Dlatego Nowy Rok był rozumiany jako powrót początku czasu, odnowienie porządku świata.

Rok rozpoczynał się pierwszego dnia pierwszego miesiąca pory wylewu, miesiąca poświęconego Thotowi (Dżehuti). Pięć dni poprzedzających Nowy Rok, formalnie nienależących do żadnej pory roku miało charakter szczególny. Był to czas wolny od pracy, okres zawieszenia pomiędzy starym a nowym porządkiem. Tradycja umieszczała w tych dniach narodziny bogów: Ozyrysa, Horusa Starszego, Seta, Izydy i Neftydy. W sensie kosmicznym był to moment ponownego ustanowienia ładu, a nie początek nowego. Z biegiem czasu pierwotne sprzężenie kalendarza z naturą zaczęło się jednak rozchodzić. Egipski kalendarz nie znał lat przestępnych, dlatego jego początek stopniowo przesuwał się względem roku słonecznego, pór roku oraz heliakalnego wschodu Syriusza. Był to naturalny skutek upływu czasu. Co istotne, Egipcjanie nie próbowali tego korygować. nadal obserwowali Nil  i oczywiście dostosowywali się do niego w pracach polowych. Jednocześnie święta i rytuały były odprawiane zgodnie z niezmiennym kalendarzem. Zjawiska przyrodnicze regulowały działanie, kalendarz regulował porządek rytualny. Te dwa porządki funkcjonowały obok siebie. Nie uznawano tego za sprzeczność.
Kalendarza nie zmieniono, ponieważ jego struktura była postrzegana jako ustanowiona zgodnie z kosmicznym ładem Maat. Zmiana kalendarza oznaczałaby ingerencję w porządek świata, a nie jego naprawę. Kalendarz miał trwać, nawet jeśli natura poruszała się dalej w swoich cyklach. 

Dziś posługujemy się globalnym kalendarzem, opartym na rachunku astronomicznym i korygowanym latami przestępnymi tak, aby zgadzał się z rokiem słonecznym. Mimo tej rachunkowej precyzji początek roku, pierwszy stycznia, nie ma żadnego realnego zakotwiczenia w cyklu przyrody. Dla jednych jest to środek zimy, dla innych pełnia lata. Z punktu widzenia natury nie dzieje się wtedy nic istotnego. 

Paradoks polega na tym, że Egipcjanie, choć ich kalendarz z czasem rozszedł się z naturą, nie stracili z oczu rytmu przyrody. My natomiast utrzymujemy kalendarz w zgodzie z ruchem Ziemi, a jednocześnie ignorujemy biologiczny i sezonowy rytm, którego jesteśmy częścią. Oczekujemy od siebie maksymalnego działania w momencie, gdy przyroda pozostaje w stanie spoczynku.

Astrologia, która wyrosła z astronomii, zachowała starszą logikę. Dla niej początek roku nie przypada   w styczniu, lecz w momencie równonocy wiosennej, gdy dzień zaczyna wyraźnie wygrywać z nocą. Zima jest czasem oczekiwania, porządkowania i przygotowania intencji. Działanie ma sens dopiero wtedy, gdy pojawiają się ku temu warunki.

Fiasko styczniowych postanowień  nie jest więc dowodem słabości charakteru. Możemy żyć w systemie administracyjnym, ale funkcjonujemy w systemie naturalnym. Ten system nie resetuje się pierwszego stycznia. Działa w rytmie światła, pór roku i biologii. Jeśli chcemy realnie zmienić coś w naszym  życiu, musimy, jak dawniej patrzeć nie tylko w kalendarz, lecz także na to, co dzieje się w świecie i w nas samych. 






 

12 stycznia 2026

Astrolog wpisany w koło historii Anglii

 

 

 

 

 Astrolog w czasach rewolucji

William Lilly (1602-1681) praktykę rozpoczął około czterdziestki – i akurat wtedy w Anglii wybuchła rewolucja przeciwko królowi Karolowi I.
 Lepszego momentu na rozpoczęcie praktyki trudno szukać.

„Jak trwoga, to do astrologa.” Przyjmował wszystkich – ubogie dziewczęta służebne, panny na wydaniu, marynarzy, właścicieli pubów. Był też lekarzem. Złośliwi mówili o nim siku-prorok, ponieważ stawiał zdrowotne diagnozy horarne w chwili, gdy klient przynosił mu próbkę moczu.

Młode kobiety pytały: „Czy wyjść za tego kandydata?” Starsi: „Co z moim synem?” Zdarzały się też porady polityczne, bo Lilly zaczął praktykę właśnie w czasie wielkich niepokojów – rewolucji Olivera Cromwella.

Jego prognozy były trafne i – zwłaszcza na początku – niedrogie. Może dlatego, że sam pochodził z ubogiej rodziny, a los odmienił się dzięki nadzwyczajnym okolicznościom: poślubił wdowę po swoim chlebodawcy.

Astrologiczna praktyka rozkręciła się na dobre w czasie rewolucji. Podobno Lilly doradzał Cromwellowi – i dlatego rewolucja zwyciężyła, a król został obalony i ścięty.

Lilly nie ograniczał się tylko do astrologii horarnej, czyli spraw jednostkowych. Publikował również prognozy mundalne – dotyczące całych państw. Przewidział wyrok i śmierć Karola I Stuarta oraz pożar Parlamentu.

Jego zdolności prognostyczne, obok sukcesów, przyniosły mu też kłopoty. Skoro przewidział pożar Parlamentu, to – według niektórych – musiał być osobiście odpowiedzialny. Sam Cromwell nie raz wyciągał astrologa z tarapatów.

Wpływ Lilly’ego na losy Anglii widać w historii. Kampania Parlamentarna – z początku zbieranina zwolenników rewolucji – była gotowa do starcia z wojskiem króla już w kwietniu 1645 roku, a jednak czekała do czerwca z rozpoczęciem bitwy pod Naseby, po której Karol został pojmany i postawiony przed sądem.

Współcześni historycy, lekceważący astrologię, często dziwią się tej zwłoce. Dlaczego Parlament czekał, skoro miał przewagę? Odpowiedź brzmi: to Lilly wyznaczył datę. Zajrzał do horoskopu króla Karola (nie wiadomo, skąd go miał) i obliczył dyrekcje prymarne. Wskazywały one, że czerwiec 1645 roku będzie dla monarchy szczególnie fatalny.

W swoim almanachu Lilly pisał:

„Dziesiątego lub jedenastego czerwca przypadkowo może spotkać nieszczęście jednego z wielkich Anglii, i to wcale nie byle kogo… Niebiosa przez pewien czas groźnie patrzą na naszych wrogów… Zjednoczmy się całkowicie, bo mamy ku temu wielki powód, a wtedy, jeśli będziemy walczyć, zwycięstwo przyjdzie niespodziewanie… Bez wątpienia dzień należy do nas, jeśli Bóg da nam mądrość, by dobrze wykorzystać czas.”

Po restauracji monarchii rojaliści nieskutecznie próbowali oczerniać lub wykpiwać Lilly’ego. 

Astrolog Cromwella wycofał się z polityki i powrócił do tego, co robił, zanim stał się Wielkim Lillym – doradzania ludziom. Na swojej praktyce nieźle zarobił i kupił niewielką posiadłość w Hersham w hrabstwie Surrey, gdzie prowadził praktykę medyczno-astrologiczną.

Zmarł w 1681 roku. 

W 2003 roku umieszczono tablicę pamiątkową obok nieczynnej stacji metra Aldwych przy Strand. 
Lilly mieszkał w domu stojącym w tym miejscu w latach 1627–1665.

 

Aby otrzymać tzw. „tablicę westminsterską”, trzeba być wysoko cenionym w swoim zawodzie, wnieść pozytywny wkład w dobro lub szczęście ludzkości, a także być rozpoznawalnym dla dobrze poinformowanego przechodnia lub zasługiwać na uznanie ogólnonarodowe. Pierwszą osobą uhonorowaną w ten sposób był Winston Churchill; inni to m.in. Oscar Wilde i pionier komputerów Charles Babbage. Lilly został 53. wyróżnionym  i pierwszym astrologiem, który otrzymał taką tablicę.

📖 Źródła:

    Catherine Blackledge, The Man Who Saw The Future. A Biography of William Lilly, the 17th-Century Astrologer who Changed the Course of the English Civil War. www.astro.com
     

    zdjęcia  Wikipedia public domain by age (Lilly died in 1681).

03 stycznia 2026

Astrologia, Chat GPT i próby uporania się z moimi wątpliwościami



Wraz z popularyzacją sztucznej inteligencji pojawiło się przekonanie, że dostęp do wiedzy stał się niemal nieograniczony. Wystarczy zadać pytanie, a odpowiedź pojawia się natychmiast. Teoretycznie powinno to prowadzić do wzrostu poziomu wiedzy i krytycznego myślenia. W praktyce jednak dzieje się coś odwrotnego. Głupota nie tylko nie znika, ale często staje się głośniejsza, lepiej zorganizowana  i, co istotne, bardziej opłacalna. 

Nie jest to zjawisko nowe. Internet od dawna zawiera zarówno treści wartościowe, jak i zupełne bzdury. Nowe jest jedynie tempo i skala ich rozpowszechniania. Sztuczna inteligencja nie zmieniła i nie zmieni ludzkiej natury. Model językowy nie jest autorytetem i nie posiada wiedzy w sensie ludzkim. Nie odróżnia prawdy od fałszu ani rzetelnego źródła od popularnej bzdury. Operuje wyłącznie wzorcami językowymi obecnymi w danych na których został wytrenowany. Jeśli w danej dziedzinie panuje chaos pojęciowy, algorytm ten chaos odtworzy. Jeśli dominują uproszczenia i emocjonalne narracje, one również zostaną wzmocnione. 

Astrologia jest dziedziną szczególnie podatną na ten mechanizm. Brak jednego kanonu, wielość szkół, historyczna zmienność pojęć oraz ogromna liczba tekstów popularnych sprawiają, że te same terminy funkcjonują dziś w zupełnie różnych znaczeniach. W takich warunkach model językowy nie ma możliwości rozstrzygania sporów merytorycznych ani hierarchizowania tradycji. Może jedynie odtwarzać zastane wzorce językowe wraz z całym ich bałaganem. W tym miejscu pojawia się kwestia odpowiedzialności. To nie sztuczna inteligencja decyduje o źródłach, z których korzysta. Decyduje o tym użytkownik. To on określa ramy metodologiczne, wybiera tradycję, dopuszcza lub nie dopuszcza łączenia szkół, formułuje pytanie i definiuje zakres odpowiedzi. Ogólne pytanie skutkuje ogólną odpowiedzią. Brak rygoru po stronie użytkownika prowadzi do mieszaniny pojęć, którą algorytm jedynie porządkuje językowo. 

Często zarzuca się sztucznej inteligencji, że „zawsze chwali” i przytakuje użytkownikowi, niezależnie od jakości jego rozumowania. W rzeczywistości jest to efekt sposobu zadawania pytań. Jeśli użytkownik formułuje tezę i oczekuje jej potwierdzenia, otrzyma potwierdzenie. Jeśli natomiast prosi o weryfikację, dopuszcza możliwość błędu i jasno określa, że zależy mu na korekcie, odpowiedź wygląda zupełnie inaczej. Narzędzie nie myśli za człowieka, ale bardzo skutecznie ujawnia, czy człowiek myśli sam. 

ChatGPT nie zna dzisiejszej pogody ani aktualnej sytuacji politycznej. Pamiętajmy jednak, że model językowy nie zna sytuacji bieżącej i nie ma dostępu do aktualnych danych. Nie można więc pytać go o prognozę pogody ani żądać rzetelnego opisu aktualnych wydarzeń politycznych. W tym sensie różni się on zasadniczo od komputera pokładowego znanego z „Star Trek”, który w fikcji dysponuje aktualnymi danymi i reaguje w czasie rzeczywistym. Problem staje się poważniejszy wtedy, gdy odpowiedzi brzmią tak, jakby były oparte na bieżących informacjach, podczas gdy w rzeczywistości są jedynie uogólnieniami wynikającymi z wcześniejszych wzorców. Nie jest to wiedza empiryczna, lecz rozumowanie statystyczne. Narzędzie nie sygnalizuje samoistnie granicy między brakiem wiedzy a przypuszczeniem opartym na prawdopodobieństwie. Nie jest to kwestia intencji, lecz konstrukcji modelu. Tym większa odpowiedzialność spoczywa więc na użytkowniku, który musi wiedzieć, w jakich obszarach jedyną uczciwą odpowiedzią pozostaje: „nie wiem”. W tym kontekście pojawia się wrażenie, że ChatGPT „prorokuje”. Nie wynika ono jednak z dostępu do przyszłości ani z jakiejkolwiek formy intuicji, lecz z pracy na wzorcach historycznych. Znając przeszłość, można z pewnym prawdopodobieństwem przewidywać kierunek rozwoju zdarzeń. Trafność takich przewidywań nie opiera się na objawieniu, lecz na rozpoznaniu powtarzalności procesów. Można tu przywołać słowa z pieśni Jacka Kaczmarskiego ...„pamiętamy, co było, więc wiemy, co będzie”... Nie jako deklarację determinizmu, lecz jako skrót myślowy opisujący mechanizm wnioskowania o przyszłości na podstawie przeszłości. 

Dokładnie na tej samej zasadzie działa dobra prognoza astrologiczna. Astrolog nie „widzi przyszłości”. Zna przeszłość: historię pojęć, reguł, cykli, analogii oraz kontekst, w jakim powstały stosowane techniki. Bez tej wiedzy prognoza staje się zgadywaniem. Z nią jest rozumowaniem opartym na prawdopodobieństwie, a nie na objawieniu.

Nie mam powodu ukrywać, że korzystam ze sztucznej inteligencji. Korzystam z niej świadomie i w jasno określony sposób. Nie po to, by zastępowała moje źródła ani podejmowała decyzje interpretacyjne, lecz po to, by porządkowała materiał, z którym pracuję, i pomagała mi sprawdzić, czy poprawnie rozumiem to, co czytam. Dotyczy to zwłaszcza obszarów technicznych, takich jak geometria sferyczna czy zagadnienia obliczeniowe, które są nieodłączną częścią astrologii i wymagają dużej precyzji. Praca wygląda prosto: cytuję konkretny podręcznik, wskazuję fragment i sprawdzam krok po kroku sens pojęć oraz konsekwencje logiczne. Nie proszę o interpretację „od siebie”, lecz o uporządkowanie relacji między elementami już obecnymi w źródle. Narzędzie porusza się wyłącznie w ramach, które mu wyznaczę. Publikacje naukowe i źródłowe są akceptowalne, treści popularne i internetowe uproszczenia odrzucam. Można to porównać do pieczenia ciasta. Jeśli użyje się złych składników albo niewłaściwych proporcji, efekt będzie niesmaczny. Nikt jednak nie obwinia piekarnika. Ze sztuczną inteligencją jest podobnie. Jakość wyniku zależy od jakości materiału wejściowego i kompetencji osoby, która z narzędzia korzysta. 

Problem, który obserwujemy, nie jest więc problemem technologicznym. Jest problemem kulturowym i poznawczym. Wielu ludzi nie chce weryfikować informacji, nie toleruje niepewności i nie szuka prawdy, lecz potwierdzenia własnych przekonań. Sztuczna inteligencja nie czyni nikogo mądrzejszym ani głupszym. Nie psuje astrologii i nie jest dla niej zagrożeniem. Jest lustrem. Pokazuje, kto rzeczywiście pracuje ze źródłami, kto potrafi zadawać pytania i przyjmować korektę, a kto jedynie chce mieć rację. Odpowiedzialności za myślenie nie da się zautomatyzować. I żadna technologia tego nie zmieni.