01 lutego 2026

Jasnowidz i medium: paranormalne zdolności czy wyjątkowo sprytne sztuczki?

 



Jednym z najważniejszych polskich badaczy zjawisk mediumicznych (materializacje zjaw, wirujące stoliki itp.) był Julian Ochorowicz, psycholog i filozof, który łączył znajomość fizjologii, hipnozy oraz technik iluzjonistycznych z opisywaniem fenomenów, których nie potrafił wytłumaczyć.
Jego najsłynniejsze badania dotyczyły włoskiego medium Eusapii Palladino skromnej niepiśmiennej kobiety, która nie pobierała honorariów i nie wykazywała objawów żadnych chorób nerwowych. Podczas seansów obserwowano m.in. dotknięcia bez kontaktu fizycznego, powiewy powietrza oraz ruchy przedmiotów znajdujących się poza zasięgiem medium. Pojawiały się także komunikaty o charakterze spirytystycznym, jednak „duchy” posługiwały się wyłącznie językami znanymi uczestnikom, a zakres przekazywanych informacji nie wykraczał poza ich wiedzę. Dla Ochorowicza był to argument, że zjawiska te mogą stanowić nieznany jeszcze przejaw psychiki, a nie dowód na istnienie bytów nadprzyrodzonych. Sam badacz natomiast nie był spirytystą i nigdy nie twierdził, że obcuje z duchami.

W dwudziestoleciu międzywojennym seanse mediumiczne stały się popularną rozrywką elit. Największy rozgłos zyskał Teofil Modrzejewski, działający pod pseudonimem Franek Kluski. Jak wynika z relacji, jego „kariera” zaczęła się przypadkowo. Zjawiska pojawiły się wokół niego podczas seansu, w którym uczestniczył jedynie jako obserwator. Obszerne relacje z seansów przekazuje Norbert Okołowicz w książce "Wspomnienia z seansów z medium Frankiem Kluskim" (1926), zawierającej protokoły, fotografie i schematy z kilkudziesięciu seansów, w których brali udział lekarze, inżynierowie, oficerowie i ludzie kultury. Okołowicz, oficer i jednocześnie skrupulatny kronikarz, szacuje liczbę uczestników tych seansów na kilkaset osób, wśród których znajdowało się wielu lekarzy, inżynierów i przedstawicieli elit wojskowych oraz artystycznych. W relacji świadków czytamy, że w ciemnym lub czerwono przyciemnionym pokoju pojawiały się zjawiska świetlne jak małe fosforyzujące kule, smugi, niekiedy większe „plamy” światła przypominające sylwetki. Uczestnicy opisywali też dotknięcia niewidzialnych rąk, muskania po twarzy i włosach, chwytanie za ramiona czy dłonie oraz nagłe powiewy zimnego powietrza. Pojawiały się materializacje zwierząt: niewielkiego ptaka, którego obecność zdradzało trzepotanie skrzydeł i dotyk pazurków, istoty przypominającej łasicę, a także dużego kudłatego „stworzenia”, które – jak wspominali niektórzy – lizało uczestników po twarzy czy dłoniach. Z ciemności wyłaniały się także postaci ludzkie: m.in. „asyryjski arcykapłan” w charakterystycznym stroju, postać oficera mówiącego po włosku oraz sylwetki osób, znane niektórym uczestnikom seansów.
W czasie eksperymentów ustawiano naczynie z gorącą parafiną oraz z zimną wodą. Według relacji świadków „zjawy” zanurzały w nich dłonie, stopy lub twarze, po czym pozostawała cienka forma woskowa, zalewana następnie gipsem. Zachowane odlewy, przechowywane m.in. w Instytucie Metapsychicznym w Paryżu, ukazują drobne szczegóły anatomiczne. W 1920 roku Kluski został zaproszony do Paryża przez dyrektora Institut Métapsychique International, Gustave Geley. Podczas eksperymentów do parafiny dodano marker chemiczny (cholesterol), który później odnaleziono w formach woskowych. Dla ówczesnych badaczy był to dowód, że odlewy powstały w trakcie seansu. 
Równolegle w literaturze zaczęły pojawiać się relacje o możliwych oszustwach. Artykuły sceptyczne przypominają seans, na którym zamiast odlewu twarzy w parafinie otrzymano odlew pośladków – francuski dziennikarz Paul Heuzé uznał, że medium po prostu zanurzyło w parafinie własne ciało. Pojawiły się też informacje o rzekomym „przyznaniu się do oszustwa”, o którym miał pisać m.in. Joseph Rinn oraz Melvin Harris – choć i tu opieramy się na przekazach wtórnych, a nie na zachowanym tekście samego Modrzejewskiego. Najbardziej spektakularny element całej historii czyli domniemana fizyczna niemożliwość sfałszowania parafinowych odlewów rzeczywiście został osłabiony przez współczesne eksperymenty. W 1997 roku włoski badacz Massimo Polidoro wraz z chemikiem Luigim Garlaschellim postanowili sprawdzić, czy można wykonać taki odlew bez udziału zmaterializowanych „duchów”. Z użyciem zwykłej parafiny, kontrolując temperaturę oraz bardzo precyzyjnie prowadząc ruch dłoni, uzyskali cienkie „rękawice” woskowe, z których można było ostrożnie wysunąć rękę, nie niszcząc struktury formy. Po zalaniu ich gipsem otrzymali odlewy uderzająco podobne do tych, które powstawały podczas seansów z Kluskim. Warto jednak zauważyć, że Polidoro i Garlaschelli nie wyjaśniają, czy próbowali wykonywać swoje doświadczenia w zupełnej ciemności, pod presją kilkunastu świadków z koniecznością zachowania absolutnej ciszy i bez prawa do powtórzeń. Wkładanie twarzy do gorącej parafiny w takich warunkach mogłoby skończyć się zwykłym poparzeniem, a zarzut, że Modrzejewski sam zanurzał w parafinie własne ręce, również nie jest oczywisty – musiałby je potem wyjąć bez rozerwania delikatnej struktury formy. Chyba że, odlewy powstawały w innym czasie niż same seanse. Z drugiej strony, jeśli już rozważamy scenariusze alternatywne, trzeba uczciwie przyznać, że możliwość mistyfikacji nie musiała spoczywać wyłącznie na barkach medium. W seansach uczestniczyły osoby z najwyższych sfer – ludzie inteligentni, obeznani z teatrem, optyką, fotografią i różnymi technikami scenicznych sztuczek. Gdyby kiedykolwiek doszło do oszustwa, równie dobrze mogłoby ono wynikać z działań któregoś z „obserwatorów”, a nie samego Modrzejewskiego, który podczas pracy mediumicznej znajdował się w transie i był w dużej mierze zależny od otoczenia. Takiej hipotezy nie można całkowicie wykluczyć.  Pragnę podkreślić, że te opowieści znam z książek Leszka Szumana, Lecha Emfazego Stefańskiego. Oni z kolei korzystają głównie ze świadectw ustnych i przekazów wtórnych często typu „ktoś słyszał, że ktoś mówił”. Mam więc pełną świadomość, że przez lata mogły narosnąć różne dopowiedzenia i przeinaczenia, tak typowe dla wspomnień przekazywanych z ust do ust. Ludzie rzadko rozróżniają, co rzeczywiście widzieli, co jedynie zapamiętali z opowieści innych, a co powstało już w ich własnej wyobraźni. Tym bardziej, że nikt nie chodził z notesem, by punkt po punkcie zapisywać wszystko, czego doświadczał lub co usłyszał. W efekcie materia, z którą dziś pracujemy, nosi ślady nieuchronnych zniekształceń pamięci i trzeba o tym zawsze lojalnie przypominać czytelnikowi.

Innymi szeroko komentowanymi zjawiskami tamtych czasów było jasnowidzenie i zjawiska telepatyczne których głównym bohaterem był Stefan Ossowiecki. Zyskał on rozgłos dzięki licznym przypadkom odnajdywania zaginionych oraz udziałowi w eksperymentach, którymi fascynowały się ówczesne elity. Ponadto z jego pomocy korzystała policja, a w pokazach i próbach organizowanych również w środowisku wojskowym uczestniczył sam marszałek Józef Piłsudski. Większość spotkań była protokołowana, a ich uczestnicy dobrowolnie podpisywali się pod wnioskami z eksperymentów. Słynny jasnowidz funkcjonował więc na przecięciu dwóch światów: naukowego sceptycyzmu i parapsychologicznego entuzjazmu. Część badaczy podejrzewała go o stosowanie sztuczek, podczas gdy inni byli pod wrażeniem rezultatów, które nie dawały się w żaden sposób wyjaśnić. Popularność Ossowieckiego utrzymywała się przez lata, co jest argumentem ,że jego działania były uznawane za nadzwyczajne lub trudne do wyjaśnienia. Jeden z takich przypadków przytacza osoba z bliskich kręgów premiera Ignacego Jana Paderewskiego. Chodziło o człowieka, który właśnie miał objąć placówkę zagraniczną. Ossowiecki podczas spotkania wyraźnie poczuł, że człowiek ten nie dożyje nominacji, co w krótkim czasie się sprawdziło. Inną relację przytaczał dr Tadeusz Gliwic, opowiadając historię zasłyszaną od swego ojca, Hipolita Gliwica. Jasnowidz zobaczył nad głową znajomego pana Gliwica coś w rodzaju aureoli, co według jasnowidza zwiastowało bliską śmierć. Gliwic umówił się z owym człowiekiem na obiad trzy dni później i wkrótce po tym spotkaniu mężczyzna zginął w wypadku samochodowym. Z kolei jeden z sędziów warszawskiego sądu okręgowego wspominał, że widział kiedyś zaniepokojonego Ossowieckiego, biegnącego w nocy w stronę brzegu Wisły. Okazało się, że miał wyjątkowo silną wizję ludzi tonących co okazało się prawdą. Szybka reakcja jasnowidza uratowała życie większości z nich. Wiele osób z kręgów naukowych kwestionowało jego niezwykłe zdolności, zarzucając mu nawet oszustwa. Jednakże jako znany inżynier, przedsiębiorca i osoba znakomicie ustosunkowana, nie miał on żadnego racjonalnego powodu, by kompromitować się przed gronem własnych znajomych, wojskowych i naukowców. Dodatkowo, co potwierdzają także inne przypadki tego typu, zjawiska subtelne, zależne od koncentracji i stanu wewnętrznego, łatwo ulegają zakłóceniom w warunkach laboratoryjnych, zwłaszcza wtedy, gdy wykonawca spodziewa się niechęci lub wrogości obserwatorów. W konsekwencji wyniki badań przeprowadzanych w takiej atmosferze nie zawsze odzwierciedlają faktyczne możliwości osoby poddawanej testom. Jasnowidz w swoich pamiętnikach wspominał: „...w warunkach zimnego laboratorium wyniki są słabsze, gdyż środowisko nastawione jest wrogo...”


W czasach powojennych dużą popularnością cieszył się Czesław Klimuszko, franciszkanin, który swoje doświadczenia opisał w książkach pt. "Moje widzenie świata" oraz "Parapsychologia w moim życiu". Twierdził, że zdolności jasnowidzenia i intuicyjnego rozpoznawania właściwości roślin rozwijały się u niego stopniowo, a ich nasilenie wiązał z traumatycznymi przeżyciami wojennymi.
Klimuszko uważał swoje zdolności za formę służby i nie pobierał za nie wynagrodzenia. Podkreślał również ich zmienność, w zależności od stanu psychicznego, miejsca i nastawienia otoczenia. Wspominał o sytuacjach, w których niczego nie „widział”, co uważał za naturalne ograniczenie tego rodzaju percepcji.
Na marginesie warto zauważyć, że intuicyjne reakcje w sytuacjach granicznych pojawiają się także u osób, które nigdy nie uważały się za jasnowidzów. Relacje o nagłych przeczuciach ratujących życie są powszechne i nie stanowią dowodu na istnienie zdolności paranormalnych, ale pokazują, że ludzka percepcja w warunkach skrajnego zagrożenia może funkcjonować w sposób trudny do uchwycenia klasycznymi metodami badawczymi.

Doświadczenia Ochorowicza oraz fenomeny Kluskiego, Ossowieckiego i Klimuszki nie pozwalają na jednoznaczne rozstrzygnięcie, czy mamy do czynienia z rzeczywistymi zdolnościami paranormalnymi.. Pokazują jednak, że zjawiska te były traktowane poważnie przez ludzi nauki i elit, a ich całkowite sprowadzanie do oszustwa bywa intelektualnym uproszczeniem. Rzetelność wymaga, by równie wyraźnie zaznaczać zarówno granice wiedzy, jak i luki badawcze, które do dziś pozostają nierozstrzygnięte. 

 


 

27 stycznia 2026

Z pamiętnika sceptyka


 

Esej niniejszy powstał z potrzeby uporządkowania moich drobnych rozczarowań związanych ze światem zjawisk niezwykłych. Od dzieciństwa fascynowało mnie to, co nieznane, dlatego od lat sięgam po publikacje poświęcone tematom, którym świat nauki poświęca niewiele uwagi. Z czasem zaczęłam jednak natrafiać na wątki budzące moje poważne wątpliwości.

Zauważyłam, że wielu autorów teorii ezoterycznych z wyraźnym upodobaniem odwołuje się do rzekomego dziedzictwa starożytnych lub wręcz mitycznych cywilizacji, czyniąc wsparciem dla swoich tez mgliste „badania” albo wyjątkowo kręty wywód. Argumenty te, choć często atrakcyjne w formie, okazują się trudne do zweryfikowania, a niekiedy oparte raczej na swobodnych skojarzeniach niż na rzetelnych źródłach.

Współczesna technologia, a zwłaszcza łatwy dostęp do międzynarodowych baz artykułów naukowych, pozwala dziś konfrontować tego rodzaju twierdzenia i w wielu przypadkach podać je w poważną wątpliwość. Z drugiej strony kontakt ze zjawiskami, których badacz nie rozumie i w które być może wcale nie wierzy, wymaga zachowania szczególnej ostrożności i bezstronności. Łatwo tu bowiem o pokusę zarówno bezkrytycznej fascynacji, jak i automatycznego odrzucenia.

Istniał jednak, i nadal istnieje, problem znacznie poważniejszy. Zainteresowanie zjawiskami określanymi jako „niezwykłe” bywało i bywa surowo oceniane przez środowiska naukowe. Badacz, który chciał przyjrzeć się im rzetelnie, ryzykował utratę finansowania, ośmieszenie, a niekiedy nawet pozbawienie stanowiska. W efekcie samo podjęcie tematu wymagało odwagi, a każdy krok w tym kierunku wiązał się z realnym niebezpieczeństwem dla dalszej kariery.

Mam świadomość, że naukowe ujęcie zjawisk takich jak telepatia, prekognicja czy fenomeny medialne stanowi duże wyzwanie. Trudności wynikają nie tylko z natury samych zjawisk, co jest zrozumiałe, lecz także z rezerwy, a nierzadko niechęci, środowisk akademickich wobec tematyki wymykającej się standardowym metodom badawczym. Karl Popper pisał, że badacz nie ma ani potwierdzać, ani zaprzeczać, lecz poddawać hipotezy rzetelnym próbom („The Logic of Scientific Discovery”, 1959). Robert K. Merton zauważał z kolei, że nadgorliwość sceptyczna bywa równie ideologiczna jak bezkrytyczny entuzjazm .

Jeśli zatem chcemy cokolwiek ocenić rzetelnie, powinniśmy zachować bezstronność. Emocje są złym doradcą, a oczekiwanie określonego wyniku potrafi wypaczyć każdy osąd. Obiektywna prawda nie ugnie się pod ciężarem naszych życzeń. To my możemy się do niej zbliżyć, o ile damy sobie na to przestrzeń.

A jeśli wyjaśnienia na razie nie ma, należy to przyjąć z pokorą. Być może pojawi się ono później, wraz z rozwojem wiedzy, dojrzałości albo postępem nauki. Pośpiech w ferowaniu werdyktów bywa prostą drogą do kompromitacji, o czym świadczy przykład uczonych przekonanych, że meteory nie mogą spadać z nieba, „bo w niebie nie ma kamieni”. Do tej samej kategorii należą również ci, którzy sądzili, że jazda pociągiem nieuchronnie prowadzi do zawrotów głowy i wymiotów.

25 stycznia 2026

Dlaczego starożytni Egipcjanie nie robiliby noworocznych postanowień?

 

Co roku powtarza się ten sam schemat. Pierwszego stycznia mamy zacząć „nowe życie”. Wdrażamy nowe postanowienia, nowe nawyki, nową dyscyplinę. Kilka tygodni później nic z tego nie zostaje. Czy naprawdę to nasza wina? Brak silnej woli, konsekwencji albo determinacji? 
Spójrzmy na to inaczej i zrozummy wreszcie, że problem nie tkwi w nas, lecz w kalendarzu, a dokładniej w momencie, który uznaliśmy za początek.

W naszej strefie geograficznej styczeń jest środkiem zimy. To czas najkrótszych dni, najniższych temperatur i najmniejszej ilości światła. Przyroda pozostaje w stanie spoczynku. Również ludzki organizm i układ nerwowy nie są wtedy nastawione na intensywne zmiany. Nie wrzuca się ziarna w zamarzniętą ziemię.

Starożytni Egipcjanie budowali swój porządek czasu w oparciu o zjawiska przyrodnicze. Najważniejszym punktem odniesienia był wylew Nilu, opadanie wód, odsłanianie się żyznej ziemi oraz pora zbiorów. Czas nie był dla nich linią, lecz cyklem: wiecznym powrotem w porządku świata. To myślenie było ściśle związane z kultem Ozyrysa, boga śmierci i ponownych narodzin, rozpadu i odtworzenia, zaniku i powrotu życia. To, co obumiera, nie znika, lecz wraca w innej formie, zgodnie z tą samą zasadą.

W tym sensie egipski kalendarz nie służył do mierzenia upływu czasu w nowoczesnym rozumieniu. Jego funkcją było podtrzymywanie kosmicznego ładu i umożliwianie wejścia w odpowiednią fazę cyklu we właściwym momencie. Znaczenie miało nie to, czy data „zgadza się rachunkowo”, lecz to, czy świat funkcjonuje zgodnie z porządkiem. Czy Nil wylewa, kiedy powinien, czy ziemia rodzi, gdy jest na to czas, i czy rytuały są odprawiane zgodnie z ustanowionym ładem.

Egipski rok cywilny miał stałą długość 365 dni. Jego początek został pierwotnie zakotwiczony w heliakalnym (pierwszym porannym pojawieniu się nad horyzontem po okresie niewidoczności spowodowanej bliskością Słońca) wschodzie Syriusza, zwanego w Egipcie Sotis. W chwili tworzenia kalendarza moment ten zbiegał się z początkiem wylewu Nilu. To sprzężenie nie było symboliczne, lecz realne: zjawisko astronomiczne, zjawisko przyrodnicze i początek roku kalendarzowego występowały razem. Dlatego Nowy Rok był rozumiany jako powrót początku czasu, odnowienie porządku świata.

Rok rozpoczynał się pierwszego dnia pierwszego miesiąca pory wylewu, miesiąca poświęconego Thotowi (Dżehuti). Pięć dni poprzedzających Nowy Rok, formalnie nienależących do żadnej pory roku miało charakter szczególny. Był to czas wolny od pracy, okres zawieszenia pomiędzy starym a nowym porządkiem. Tradycja umieszczała w tych dniach narodziny bogów: Ozyrysa, Horusa Starszego, Seta, Izydy i Neftydy. W sensie kosmicznym był to moment ponownego ustanowienia ładu, a nie początek nowego. Z biegiem czasu pierwotne sprzężenie kalendarza z naturą zaczęło się jednak rozchodzić. Egipski kalendarz nie znał lat przestępnych, dlatego jego początek stopniowo przesuwał się względem roku słonecznego, pór roku oraz heliakalnego wschodu Syriusza. Był to naturalny skutek upływu czasu. Co istotne, Egipcjanie nie próbowali tego korygować. nadal obserwowali Nil  i oczywiście dostosowywali się do niego w pracach polowych. Jednocześnie święta i rytuały były odprawiane zgodnie z niezmiennym kalendarzem. Zjawiska przyrodnicze regulowały działanie, kalendarz regulował porządek rytualny. Te dwa porządki funkcjonowały obok siebie. Nie uznawano tego za sprzeczność.
Kalendarza nie zmieniono, ponieważ jego struktura była postrzegana jako ustanowiona zgodnie z kosmicznym ładem Maat. Zmiana kalendarza oznaczałaby ingerencję w porządek świata, a nie jego naprawę. Kalendarz miał trwać, nawet jeśli natura poruszała się dalej w swoich cyklach. 

Dziś posługujemy się globalnym kalendarzem, opartym na rachunku astronomicznym i korygowanym latami przestępnymi tak, aby zgadzał się z rokiem słonecznym. Mimo tej rachunkowej precyzji początek roku, pierwszy stycznia, nie ma żadnego realnego zakotwiczenia w cyklu przyrody. Dla jednych jest to środek zimy, dla innych pełnia lata. Z punktu widzenia natury nie dzieje się wtedy nic istotnego. 

Paradoks polega na tym, że Egipcjanie, choć ich kalendarz z czasem rozszedł się z naturą, nie stracili z oczu rytmu przyrody. My natomiast utrzymujemy kalendarz w zgodzie z ruchem Ziemi, a jednocześnie ignorujemy biologiczny i sezonowy rytm, którego jesteśmy częścią. Oczekujemy od siebie maksymalnego działania w momencie, gdy przyroda pozostaje w stanie spoczynku.

Astrologia, która wyrosła z astronomii, zachowała starszą logikę. Dla niej początek roku nie przypada   w styczniu, lecz w momencie równonocy wiosennej, gdy dzień zaczyna wyraźnie wygrywać z nocą. Zima jest czasem oczekiwania, porządkowania i przygotowania intencji. Działanie ma sens dopiero wtedy, gdy pojawiają się ku temu warunki.

Fiasko styczniowych postanowień  nie jest więc dowodem słabości charakteru. Możemy żyć w systemie administracyjnym, ale funkcjonujemy w systemie naturalnym. Ten system nie resetuje się pierwszego stycznia. Działa w rytmie światła, pór roku i biologii. Jeśli chcemy realnie zmienić coś w naszym  życiu, musimy, jak dawniej patrzeć nie tylko w kalendarz, lecz także na to, co dzieje się w świecie i w nas samych. 






 

15 stycznia 2026

Symbol zwany Kwiatem Życia

 


Zapewne spotkaliście się z symbolem nazywanym Kwiatem Życia. To układ koncentrycznie nachodzących na siebie okręgów o jednakowym promieniu, zamkniętych w kole. Motyw ten pojawia się dziś na podstawkach, kubkach „do energetyzowania wody”, wisiorkach i amuletach. Jego współczesną popularność w dużej mierze zawdzięczamy Drunvalo Melchizedekowi, autorowi książki Pradawna tajemnica Kwiatu Życia.

Z wybranych punktów tego wzoru konstruuje się układ określany jako „Owoce Życia”, z którego następnie wyprowadza się sześcian Metatrona, a z niego kolejne figury geometryczne. W dalszych interpretacjach dostrzega się w nim także kabalistyczne Drzewo Życia. Szczególną rolę odgrywa tetraedr, który nie występuje tu jako figura pojedyncza i zamknięta, lecz zostaje podwojony przez nałożenie drugiego, odwróconego tetraedru, tworząc strukturę określaną mianem „merkaby”. Kolejne przekształcenia prowadzą do rozbudowanej narracji o polach energetycznych, strukturze rzeczywistości i „ciałach subtelnych”. Całość stanowi spójny, lecz w pełni współczesny system metafizyczny.

Interesującym przykładem tej metody jest sposób, w jaki Drunvalo Melchizedek dzieli słowo merkaba na trzy sylaby i przypisuje im znaczenia zaczerpnięte z różnych języków i tradycji. Zabieg ten warto przywołać nie dlatego, że jest szczególnie wyjątkowy, lecz dlatego, że doskonale ilustruje mechanizm swobodnego łączenia skojarzeń bez respektowania granic języka i kontekstu. W jego interpretacji mer oznacza światło, natomiast ka i ba odnoszą się do egipskich pojęć duszy. Można zrozumieć tok rozumowania, który próbuje połączyć egipskie kategorie ka i ba z hebrajskim terminem merkawa. Wiadomo bowiem, że w historii istniały okresy kontaktów między ludnością izraelską a Egiptem. Sam fakt kontaktów kulturowych nie uprawnia jednak do automatycznego przenoszenia pojęć religijnych między systemami, zwłaszcza tak złożonymi i wewnętrznie spójnymi jak religia egipska i teologia biblijna.

Zauważyłam, że w nowoczesnej ezoteryce bardzo często powtarza się ten sam mechanizm. Autorzy takich narracji są mistrzami skojarzeń: mieszają idee, historie, cywilizacje, symbole i wątki, a następnie łączą je w jedną, pozornie logiczną całość. Wszystko zaczyna do siebie pasować, ponieważ wystarczy przyjąć określone założenia, na przykład istnienie jednej, przedwiecznej wiedzy wspólnej wszystkim kulturom. Wówczas można swobodnie łączyć języki, znaczenia i symbole, wybierając to, co jest do siebie podobne geometrycznie, wizualnie lub ideologicznie. Jest to klasyczny przykład cherry pickingu. Nie ma tu żadnego uprawnienia historycznego ani filologicznego, ale powstaje narracja atrakcyjna i sugestywna.

Dokładnie tak dzieje się w przypadku Kwiatu Życia, Metatrona i merkaby. Mamy ornament geometryczny znaleziony w świątyni w Abydos: symetryczny, regularny i na tyle „płodny”, że można z niego wyprowadzać kolejne formy — diagramy, mandale, bryły platońskie, a nawet złożone figury przestrzenne. Jest to konstrukcja płaska, więc nic nie stoi na przeszkodzie, by łączyć w niej różne punkty i otrzymywać coraz bardziej skomplikowane rysunki. Po przeniesieniu ich w przestrzeń pojawiają się bryły, ruch, obrót, a w końcu wirujący podwójny tetraedr.

Do tego zestawu dołącza się kabałę: pojęcie merkaby, postać Metatrona, motywy rydwanu i tronu. Następnie pojawia się człowiek witruwiański Leonarda da Vinci, pentagram wpisany w ludzką sylwetkę i interpretacja całości jako „ciała eterycznego” człowieka. Każdy z tych elementów pochodzi z innego porządku: innej epoki, innej tradycji i pełnił pierwotnie inną funkcję. W narracji ezoterycznej zostają jednak połączone w jedną całość.

To połączenie działa, ponieważ jest estetyczne i sugestywne. Wirujący tetraedr wygląda efektownie, symetria uspokaja oko, a analogiczne formy uruchamiają skojarzenia. W ten sposób powstaje sieć znaczeń, która jest spójna narracyjnie, choć nie wynika z żadnej ciągłości historycznej. Motywy przypominające płatki rozet — powstające w miejscach przecięć okręgów — pojawiają się w wielu kulturach jako ornamenty. Są one naturalnym efektem pracy z kołem i symetrią, a nie dowodem istnienia uniwersalnego „kodu stworzenia”.

W gruncie rzeczy przypomina to kuchnię fusion. Bierze się składniki z różnych tradycji i tworzy nową potrawę, czasem bardzo atrakcyjną. Historia idei nie jest jednak kuchnią. Nie wszystko, co da się połączyć, można łączyć bez utraty sensu. To, że coś wygląda spójnie, nie oznacza, że ma wspólne źródło.

Skojarzenia same w sobie nie są problemem. Problem pojawia się wtedy, gdy stają się metodą poznania. Wówczas każde podobieństwo przestaje być przypadkowe, a każdą narrację można uznać za uzasadnioną. 

Rozważając współczesne interpretacje Kwiatu Życia, warto wyraźnie oddzielić samą formę geometryczną od znaczeń, które przypisano jej dopiero w czasach nowożytnych. W najprostszym ujęciu mamy do czynienia z układem nachodzących na siebie okręgów. Koło, jako figura zamknięta i jednorodna, od dawna uchodzi za formę harmonijną; można więc żartobliwie powiedzieć, że jego powielanie prowadzi do „wielokrotnej doskonałości”.

W analizie tego motywu warto jasno oddzielić trzy porządki: to, co rzeczywiście znajduje się w tekstach filozoficznych Platona, to, co stanowi współczesną grę interpretacyjną, oraz to, co jest częścią systemu metafizycznego zaproponowanego przez Drunvalo Melchizedeka. Nie dlatego, że wzór ten zawiera wszystkie te znaczenia, lecz dlatego, że jest geometrycznie banalny i wyjątkowo podatny na projekcję. To matryca, na której można „narysować” niemal wszystko, podobnie jak na kartce w kratkę.

Jeżeli współczesny człowiek traktuje Kwiat Życia jako symbol osobisty, medytacyjny lub estetyczny, nie ma w tym nic problematycznego. Symbole mogą znaczyć to, co im przypisujemy, to naturalny mechanizm kulturowy.

A jakie są fakty?
Są skromne i mało spektakularne. Wzór, o którym mowa, znajduje się na jednym z bloków Osireionu — megalitycznej struktury położonej przy świątyni Setiego I w Abydos. Jest to płytko wyryty ornament złożony z nachodzących na siebie okręgów, wykonany bez pigmentu. Występują tam dwa takie rysunki, niewielkie i umieszczone na wysokości oczu. Motyw ten nie został odnotowany w pierwszej szczegółowej dokumentacji Osireionu opublikowanej w 1918 roku przez Margaret Murray na łamach The Journal of Egyptian Archaeology, która do dziś stanowi punkt odniesienia dla badań nad tym obiektem. Technika wykonania nie odpowiada żadnemu znanemu etapowi dekoracji świątynnych. Nie istnieją również starożytne teksty opisujące ten motyw. Możliwe więc, że wzór został wykonany w późnym okresie — w epoce grecko-rzymskiej, koptyjskiej, średniowieczu lub jeszcze później. Egiptolodzy, z których prac tu korzystam, nie przypisują mu szczególnego znaczenia religijnego ani symbolicznego.


Bibliografia

Melchizedek, Drunvalo,
Pradawna tajemnica Kwiatu Życia, t. 1,
Warszawa: Wydawnictwo Centrum, 2005.

Niwiński, Andrzej,
Mity i symbole starożytnego Egiptu,
Warszawa: Wydawnictwo ProEgipt, 1992.

Niwiński, Andrzej,
Bóstwa, kulty i rytuały starożytnego Egiptu,
Warszawa: Wydawnictwo ProEgipt, 1993.

Hornung, Erik,
Egipt ezoteryczny. Tajemna wiedza Egipcjan i jej wpływ na kulturę Zachodu,
tłumaczenie, redakcja naukowa: Andrzej Niwiński,
Warszawa: Wydawnictwo Uniwersytetu Warszawskiego, 2025.



13 stycznia 2026

Rozprawa o hunie i z ...huną

 

 

 


Huna oznacza po prostu „tajemnicę”. Jest to zwykłe słowo z języka hawajskiego, które nigdy nie było nazwą systemu religijnego ani duchowego. Jako nazwa doktryny zostało ono wprowadzone dopiero w XX wieku przez Max Freedoma Longa i funkcjonuje wyłącznie w jego książkach oraz w publikacjach autorów, którzy się na niego powołują. Poza tym obiegiem huna nie istnieje. Nie pojawia się ani w etnografii Hawajów, ani w słownikach języka hawajskiego, ani w zapisach ustnych tradycji, ani w pracach misjonarzy czy badaczy XIX i początku XX wieku.

Sam Long nie był antropologiem ani religioznawcą. Był pisarzem zainteresowanym okultyzmem, psychologią i duchowością popularną swoich czasów. W swoich książkach powoływał się na kontakty z profesorem Williamem Tuftsem Brighamem, znanym badaczem Hawajów i wieloletnim dyrektorem Bishop Museum. Brigham rzeczywiście istniał i był cenionym naukowcem, jednak nigdy nie pisał o religii zwanej Huną ani o jakiejkolwiek „tajnej wiedzy kahunów”. Ten sposób legitymizowania narracji, poprzez odwołanie się do pośredniego autorytetu, którego rzekome nauki znamy wyłącznie z relacji autora, przypomina znane z historii filozofii strategie budowania ciągłości przekazu. Różnica polega na tym, że w przypadku Huny nie istnieje żaden niezależny ślad potwierdzający istnienie takiego przekazu.

Istnieli natomiast kahuni, co często bywa mylone z istnieniem samej huny. Termin kahuna oznaczał po prostu fachowca, specjalistę w określonej dziedzinie. Mógł to być kapłan rytualny, znachor, wróżbita, budowniczy łodzi czy znawca astronomii. Nie istniała jedna kasta „mistrzów tajemnej wiedzy” ani jednolity system doktrynalny, który można by uznać za religię kahunów. Long dodatkowo rozbił słowo ka-hu-na na sylaby i przypisał im własne, symboliczne znaczenia, tłumacząc kahunę jako „mistrza energii życiowej”. Tego rodzaju analiza nie ma podstaw językowych i nie odpowiada zasadom interpretacji języka hawajskiego.

Podobnie wygląda sprawa z kluczowymi terminami, które Long wykorzystał do zbudowania swojego systemu. Uhane oznacza ducha lub umysł, a nie „świadomość” w sensie psychologicznym. Unihipili to duch zmarłego, często istota niebezpieczna, uwięziona przez kahunę, a nie „podświadomość”. Aumakua to duch przodka, opiekun rodu, a nie żadna „nadświadomość”. Przekształcenie tych pojęć w trójdzielny model psychiki nie pochodzi z tradycji hawajskiej, lecz z nowoczesnych koncepcji psychologicznych, nałożonych na egzotyczne słownictwo.

W latach trzydziestych XX wieku kultura Hawajów i ich język nie były jeszcze tak dobrze zbadane jak dziś, co zostawiało duże pole dla interpretacyjnej swobody. Trzeba przyznać, że Long wykorzystał to bardzo sprawnie. Sama dałam się tej narracji uwieść. Przez długi czas wierzyłam w opowieść Maxa Freedom Longa o hunie jako starożytnej wiedzy kahunów, przekazywanej przez pokolenia i odkrytej przypadkiem przez badacza. Powtarzałam w dobrej wierze, że huna jest dawnym systemem duchowym, który w niezwykły sposób pokrywa się z ustaleniami współczesnej psychologii. Dopiero teraz widzę, jak bardzo się myliłam.

Long nie odkrył starożytnej nauki. On ją stworzył. Połączył elementy wczesnej psychologii XX wieku, autosugestii, nurtu New Thought oraz wątków teozoficznych. New Thought był amerykańskim ruchem metafizycznym, który zakładał twórczą moc myśli, afirmacji i pracy z przekonaniami, traktując umysł jako narzędzie kształtowania rzeczywistości. Ten nowoczesny materiał został następnie ubrany w polinezyjskie nazwy, które – jak dziś wiemy dzięki badaniom językoznawczym i etnograficznym – nie znaczą tego, co Long im przypisywał. Całość została osadzona w fikcyjnym starożytnym rodowodzie, który miał nadać systemowi większą wiarygodność.

Ujęła mnie spójność tej narracji i jej wewnętrzna logika. Metody pracy z wyobraźnią, afirmacje czy koncentracja na intencji mogą mieć realną wartość psychologiczną i w tym sensie Huna nie jest pozbawiona znaczenia. Problem polega jednak na czym innym: źródła, na które system ten się powoływał, okazały się fikcyjne. Nie starożytność inspirowała nowoczesną psychologię. To raczej nowoczesna psychologia, teozofia i duchowość New Thought zostały wpisane w kostium rzekomej starożytności.

W tym miejscu warto przyjrzeć się także samemu symbolowi, który stał się znakiem Huny. Medytacja form okrągłych nie jest ani nowa, ani odkrywcza. Krąg od tysięcy lat funkcjonuje jako forma kontemplacji, porządkowania doświadczenia i skupienia uwagi. Pojawia się w filozofii platońskiej i neoplatońskiej jako symbol jedni i powrotu do źródła, w tradycjach indyjskich i buddyjskich jako mandala, a w XX wieku także w psychologii analitycznej jako obraz integracji psychiki. Skuteczność pracy z takim symbolem nie wynika z jego rzekomego hawajskiego pochodzenia, lecz z uniwersalnych mechanizmów percepcji i koncentracji.

Symbol używany w hunie działa więc o tyle, o ile działa jako krąg. Nie dlatego, że niesie w sobie tajemną wiedzę kahunów, lecz dlatego, że odwołuje się do formy od dawna obecnej w historii idei i praktykach medytacyjnych. Forma jest tu starsza i trwalsza niż narracja, którą do niej dołączono. Problemem nie jest sam symbol, lecz opowieść o jego pochodzeniu.

Dlatego huna nie stanowi kontynuacji Drzewa Życia z Kabały ani jej odmiany, lecz drugą gałąź tego samego drzewa idei: całkowicie zinternalizowaną, antropocentryczną i dostosowaną do nowoczesnego sposobu myślenia. To, co Long opisywał jako konflikty między trzema „duchami”, wstyd „podświadomości” czy wewnętrzne napięcia przypominające teologiczne obrazy winy i potępienia, nie było hawajską duchowością. Było jego własnym połączeniem psychologii i okultyzmu, silnie inspirowanym teozofią.

Nadużyciem Longa nie było samo poszukiwanie narzędzi pracy nad sobą, lecz wprowadzenie czytelnika w błąd co do ich pochodzenia. Jest to ten sam mechanizm, który powraca w wielu konstrukcjach duchowych XX wieku:np egipskiego rodowodu tarota czy Księgi Welesa, przedstawianej jako „prasłowiańska ewangelia”, a będącej fałszerstwem. Idea wydaje się bardziej wiarygodna, gdy zostaje ubrana w legendę o pradawnym pochodzeniu. Mechanizm jest prosty, ale niezwykle skuteczny.

Nota bene w polskiej Wikipedii nadal ten termin jest tłumaczony tak jak czynił to Max Freedom Long, bez rzetelnej analizy źródeł. Na szczęście jest jeszcze Wikipedia w języku angielskim.

Źródła:

1.http://www.tradycjaezoteryczna.ug.edu.pl/node/1104 Nowej Myśli Ruch (New Thought)

Wikipedia Huna (New Age)

www.wehewehe.org Hawaiian dictionaries

obrazek Chatgpt

12 stycznia 2026

Astrolog wpisany w koło historii Anglii

 

 

 

 

 Astrolog w czasach rewolucji

William Lilly (1602-1681) praktykę rozpoczął około czterdziestki – i akurat wtedy w Anglii wybuchła rewolucja przeciwko królowi Karolowi I.
 Lepszego momentu na rozpoczęcie praktyki trudno szukać.

„Jak trwoga, to do astrologa.” Przyjmował wszystkich – ubogie dziewczęta służebne, panny na wydaniu, marynarzy, właścicieli pubów. Był też lekarzem. Złośliwi mówili o nim siku-prorok, ponieważ stawiał zdrowotne diagnozy horarne w chwili, gdy klient przynosił mu próbkę moczu.

Młode kobiety pytały: „Czy wyjść za tego kandydata?” Starsi: „Co z moim synem?” Zdarzały się też porady polityczne, bo Lilly zaczął praktykę właśnie w czasie wielkich niepokojów – rewolucji Olivera Cromwella.

Jego prognozy były trafne i – zwłaszcza na początku – niedrogie. Może dlatego, że sam pochodził z ubogiej rodziny, a los odmienił się dzięki nadzwyczajnym okolicznościom: poślubił wdowę po swoim chlebodawcy.

Astrologiczna praktyka rozkręciła się na dobre w czasie rewolucji. Podobno Lilly doradzał Cromwellowi – i dlatego rewolucja zwyciężyła, a król został obalony i ścięty.

Lilly nie ograniczał się tylko do astrologii horarnej, czyli spraw jednostkowych. Publikował również prognozy mundalne – dotyczące całych państw. Przewidział wyrok i śmierć Karola I Stuarta oraz pożar Parlamentu.

Jego zdolności prognostyczne, obok sukcesów, przyniosły mu też kłopoty. Skoro przewidział pożar Parlamentu, to – według niektórych – musiał być osobiście odpowiedzialny. Sam Cromwell nie raz wyciągał astrologa z tarapatów.

Wpływ Lilly’ego na losy Anglii widać w historii. Kampania Parlamentarna – z początku zbieranina zwolenników rewolucji – była gotowa do starcia z wojskiem króla już w kwietniu 1645 roku, a jednak czekała do czerwca z rozpoczęciem bitwy pod Naseby, po której Karol został pojmany i postawiony przed sądem.

Współcześni historycy, lekceważący astrologię, często dziwią się tej zwłoce. Dlaczego Parlament czekał, skoro miał przewagę? Odpowiedź brzmi: to Lilly wyznaczył datę. Zajrzał do horoskopu króla Karola (nie wiadomo, skąd go miał) i obliczył dyrekcje prymarne. Wskazywały one, że czerwiec 1645 roku będzie dla monarchy szczególnie fatalny.

W swoim almanachu Lilly pisał:

„Dziesiątego lub jedenastego czerwca przypadkowo może spotkać nieszczęście jednego z wielkich Anglii, i to wcale nie byle kogo… Niebiosa przez pewien czas groźnie patrzą na naszych wrogów… Zjednoczmy się całkowicie, bo mamy ku temu wielki powód, a wtedy, jeśli będziemy walczyć, zwycięstwo przyjdzie niespodziewanie… Bez wątpienia dzień należy do nas, jeśli Bóg da nam mądrość, by dobrze wykorzystać czas.”

Po restauracji monarchii rojaliści nieskutecznie próbowali oczerniać lub wykpiwać Lilly’ego. 

Astrolog Cromwella wycofał się z polityki i powrócił do tego, co robił, zanim stał się Wielkim Lillym – doradzania ludziom. Na swojej praktyce nieźle zarobił i kupił niewielką posiadłość w Hersham w hrabstwie Surrey, gdzie prowadził praktykę medyczno-astrologiczną.

Zmarł w 1681 roku. 

W 2003 roku umieszczono tablicę pamiątkową obok nieczynnej stacji metra Aldwych przy Strand. 
Lilly mieszkał w domu stojącym w tym miejscu w latach 1627–1665.

 

Aby otrzymać tzw. „tablicę westminsterską”, trzeba być wysoko cenionym w swoim zawodzie, wnieść pozytywny wkład w dobro lub szczęście ludzkości, a także być rozpoznawalnym dla dobrze poinformowanego przechodnia lub zasługiwać na uznanie ogólnonarodowe. Pierwszą osobą uhonorowaną w ten sposób był Winston Churchill; inni to m.in. Oscar Wilde i pionier komputerów Charles Babbage. Lilly został 53. wyróżnionym  i pierwszym astrologiem, który otrzymał taką tablicę.

📖 Źródła:

    Catherine Blackledge, The Man Who Saw The Future. A Biography of William Lilly, the 17th-Century Astrologer who Changed the Course of the English Civil War. www.astro.com
     

    zdjęcia  Wikipedia public domain by age (Lilly died in 1681).

03 stycznia 2026

Astrologia, Chat GPT i próby uporania się z moimi wątpliwościami



Wraz z popularyzacją sztucznej inteligencji pojawiło się przekonanie, że dostęp do wiedzy stał się niemal nieograniczony. Wystarczy zadać pytanie, a odpowiedź pojawia się natychmiast. Teoretycznie powinno to prowadzić do wzrostu poziomu wiedzy i krytycznego myślenia. W praktyce jednak dzieje się coś odwrotnego. Głupota nie tylko nie znika, ale często staje się głośniejsza, lepiej zorganizowana  i, co istotne, bardziej opłacalna. 

Nie jest to zjawisko nowe. Internet od dawna zawiera zarówno treści wartościowe, jak i zupełne bzdury. Nowe jest jedynie tempo i skala ich rozpowszechniania. Sztuczna inteligencja nie zmieniła i nie zmieni ludzkiej natury. Model językowy nie jest autorytetem i nie posiada wiedzy w sensie ludzkim. Nie odróżnia prawdy od fałszu ani rzetelnego źródła od popularnej bzdury. Operuje wyłącznie wzorcami językowymi obecnymi w danych na których został wytrenowany. Jeśli w danej dziedzinie panuje chaos pojęciowy, algorytm ten chaos odtworzy. Jeśli dominują uproszczenia i emocjonalne narracje, one również zostaną wzmocnione. 

Astrologia jest dziedziną szczególnie podatną na ten mechanizm. Brak jednego kanonu, wielość szkół, historyczna zmienność pojęć oraz ogromna liczba tekstów popularnych sprawiają, że te same terminy funkcjonują dziś w zupełnie różnych znaczeniach. W takich warunkach model językowy nie ma możliwości rozstrzygania sporów merytorycznych ani hierarchizowania tradycji. Może jedynie odtwarzać zastane wzorce językowe wraz z całym ich bałaganem. W tym miejscu pojawia się kwestia odpowiedzialności. To nie sztuczna inteligencja decyduje o źródłach, z których korzysta. Decyduje o tym użytkownik. To on określa ramy metodologiczne, wybiera tradycję, dopuszcza lub nie dopuszcza łączenia szkół, formułuje pytanie i definiuje zakres odpowiedzi. Ogólne pytanie skutkuje ogólną odpowiedzią. Brak rygoru po stronie użytkownika prowadzi do mieszaniny pojęć, którą algorytm jedynie porządkuje językowo. 

Często zarzuca się sztucznej inteligencji, że „zawsze chwali” i przytakuje użytkownikowi, niezależnie od jakości jego rozumowania. W rzeczywistości jest to efekt sposobu zadawania pytań. Jeśli użytkownik formułuje tezę i oczekuje jej potwierdzenia, otrzyma potwierdzenie. Jeśli natomiast prosi o weryfikację, dopuszcza możliwość błędu i jasno określa, że zależy mu na korekcie, odpowiedź wygląda zupełnie inaczej. Narzędzie nie myśli za człowieka, ale bardzo skutecznie ujawnia, czy człowiek myśli sam. 

ChatGPT nie zna dzisiejszej pogody ani aktualnej sytuacji politycznej. Pamiętajmy jednak, że model językowy nie zna sytuacji bieżącej i nie ma dostępu do aktualnych danych. Nie można więc pytać go o prognozę pogody ani żądać rzetelnego opisu aktualnych wydarzeń politycznych. W tym sensie różni się on zasadniczo od komputera pokładowego znanego z „Star Trek”, który w fikcji dysponuje aktualnymi danymi i reaguje w czasie rzeczywistym. Problem staje się poważniejszy wtedy, gdy odpowiedzi brzmią tak, jakby były oparte na bieżących informacjach, podczas gdy w rzeczywistości są jedynie uogólnieniami wynikającymi z wcześniejszych wzorców. Nie jest to wiedza empiryczna, lecz rozumowanie statystyczne. Narzędzie nie sygnalizuje samoistnie granicy między brakiem wiedzy a przypuszczeniem opartym na prawdopodobieństwie. Nie jest to kwestia intencji, lecz konstrukcji modelu. Tym większa odpowiedzialność spoczywa więc na użytkowniku, który musi wiedzieć, w jakich obszarach jedyną uczciwą odpowiedzią pozostaje: „nie wiem”. W tym kontekście pojawia się wrażenie, że ChatGPT „prorokuje”. Nie wynika ono jednak z dostępu do przyszłości ani z jakiejkolwiek formy intuicji, lecz z pracy na wzorcach historycznych. Znając przeszłość, można z pewnym prawdopodobieństwem przewidywać kierunek rozwoju zdarzeń. Trafność takich przewidywań nie opiera się na objawieniu, lecz na rozpoznaniu powtarzalności procesów. Można tu przywołać słowa z pieśni Jacka Kaczmarskiego ...„pamiętamy, co było, więc wiemy, co będzie”... Nie jako deklarację determinizmu, lecz jako skrót myślowy opisujący mechanizm wnioskowania o przyszłości na podstawie przeszłości. 

Dokładnie na tej samej zasadzie działa dobra prognoza astrologiczna. Astrolog nie „widzi przyszłości”. Zna przeszłość: historię pojęć, reguł, cykli, analogii oraz kontekst, w jakim powstały stosowane techniki. Bez tej wiedzy prognoza staje się zgadywaniem. Z nią jest rozumowaniem opartym na prawdopodobieństwie, a nie na objawieniu.

Nie mam powodu ukrywać, że korzystam ze sztucznej inteligencji. Korzystam z niej świadomie i w jasno określony sposób. Nie po to, by zastępowała moje źródła ani podejmowała decyzje interpretacyjne, lecz po to, by porządkowała materiał, z którym pracuję, i pomagała mi sprawdzić, czy poprawnie rozumiem to, co czytam. Dotyczy to zwłaszcza obszarów technicznych, takich jak geometria sferyczna czy zagadnienia obliczeniowe, które są nieodłączną częścią astrologii i wymagają dużej precyzji. Praca wygląda prosto: cytuję konkretny podręcznik, wskazuję fragment i sprawdzam krok po kroku sens pojęć oraz konsekwencje logiczne. Nie proszę o interpretację „od siebie”, lecz o uporządkowanie relacji między elementami już obecnymi w źródle. Narzędzie porusza się wyłącznie w ramach, które mu wyznaczę. Publikacje naukowe i źródłowe są akceptowalne, treści popularne i internetowe uproszczenia odrzucam. Można to porównać do pieczenia ciasta. Jeśli użyje się złych składników albo niewłaściwych proporcji, efekt będzie niesmaczny. Nikt jednak nie obwinia piekarnika. Ze sztuczną inteligencją jest podobnie. Jakość wyniku zależy od jakości materiału wejściowego i kompetencji osoby, która z narzędzia korzysta. 

Problem, który obserwujemy, nie jest więc problemem technologicznym. Jest problemem kulturowym i poznawczym. Wielu ludzi nie chce weryfikować informacji, nie toleruje niepewności i nie szuka prawdy, lecz potwierdzenia własnych przekonań. Sztuczna inteligencja nie czyni nikogo mądrzejszym ani głupszym. Nie psuje astrologii i nie jest dla niej zagrożeniem. Jest lustrem. Pokazuje, kto rzeczywiście pracuje ze źródłami, kto potrafi zadawać pytania i przyjmować korektę, a kto jedynie chce mieć rację. Odpowiedzialności za myślenie nie da się zautomatyzować. I żadna technologia tego nie zmieni.




29 grudnia 2025

Czy naprawdę można zajrzeć za zasłonę przeznaczenia?

 


Warto zatrzymać się przy pytaniu bardziej podstawowym: jak w ogóle możliwe jest przewidywanie przyszłości. Nie w sensie mistycznym, lecz poznawczym. Co właściwie dzieje się w ludzkim umyśle, gdy ktoś zdaje się „widzieć więcej” niż inni?
 

Myślenie nie zawsze przebiega tak, jak uczono nas w szkole. Nie zawsze jest liniowe, logiczne, krok po kroku. Czasem najważniejsze wnioski pojawiają się wtedy, gdy rozum zostaje chwilowo odsunięty na bok. Nie wyłączony, lecz uciszony. Jakby wewnętrzny mechanizm kontroli i porządkowania świata przestawał dominować, robiąc miejsce innemu sposobowi postrzegania rzeczywistości.
 

Praca z tarotem, astrologią czy innymi narzędziami dywinacyjnymi bywa opisywana jako coś irracjonalnego, opartego na wierze lub wyobraźni. Można jednak spojrzeć na nią inaczej: jako na specyficzny sposób organizowania uwagi. Nie jako źródło informacji, lecz jako narzędzie zmiany trybu myślenia. Karty, symbole czy układy planet nie muszą niczego „przekazywać” same z siebie. Raczej zmuszają umysł do innego rodzaju kojarzenia faktów, do wyjścia poza utarte schematy interpretacyjne.
W jednym z odcinków Star Trek Deep Space Nine pokazano grupę ludzi genetycznie zmodyfikowanych, o niezwykłych zdolnościach umysłowych. Potrafili oni błyskawicznie analizować ogromne ilości danych, doskonale odczytywać emocje, przewidywać reakcje innych ludzi i uczyć się w tempie niedostępnym dla przeciętnego człowieka. Nie korzystali z żadnych nadprzyrodzonych metod. Nie mieli wizji ani objawień. Widzieli teraźniejszość w takiej rozdzielczości, że przyszłość stała się logiczną konsekwencją.
Ich „przewidywania” były projekcją faktów już istniejących. Jeśli przyszłość składa się z faktów teraźniejszych, to ktoś, kto potrafi szybciej i pełniej je połączyć, może wybiec myślą wiele kroków do przodu. Dla obserwatora wygląda to jak proroctwo. W rzeczywistości jest to przyspieszone wnioskowanie.
 

To prowadzi do pytania znanego od dawna w filozofii nauki. Na początku XIX wieku Pierre-Simon Laplace sformułował słynny eksperyment myślowy zwany demonem Laplace’a. Wyobraził sobie hipotetyczny intelekt, który zna dokładne położenie i pęd każdej cząstki we wszechświecie oraz wszystkie prawa fizyki. Dla takiego intelektu przyszłość byłaby tak samo dostępna jak przeszłość – nie jako wizja, lecz jako wynik obliczeń. Demon Laplace’a nie był istotą nadprzyrodzoną. Był modelem poznawczym pokazującym, że jeśli ktoś widzi wystarczająco dużo danych i potrafi je odpowiednio połączyć, przyszłość przestaje być tajemnicą, a staje się konsekwencją teraźniejszości. Przeznaczenie w tym ujęciu nie jest wyrokiem losu, lecz efektem pełnej informacji i  zdolności przetwarzania.
 

W tym miejscu naturalnie pojawia się skojarzenie z jasnowidzami opisywanymi w relacjach i wspomnieniach – choćby z Klimuszką, który twierdził, że aby „zobaczyć”, musi wyłączyć rozum. Nie chodziło mu jednak o porzucenie myślenia, lecz o wyciszenie wewnętrznego cenzora: tej części umysłu, która filtruje informacje według tego, co znane, racjonalne i społecznie akceptowalne. Gdy ten filtr słabnie, pojawiają się połączenia, które zwykle są ignorowane.
W przypadku takich osób dało się potwierdzić skuteczność ich przewidywań. Dało się sprawdzić, że wiedzą coś, czego wiedzieć nie powinni. Nie dało się natomiast jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie, skąd to wiedzą. To istotna granica: fakt działania nie oznacza jeszcze zrozumienia mechanizmu.
Współczesna nauka coraz wyraźniej przyznaje, że mózg nie działa według prostych, lokalnych map. Funkcje są rozproszone, sieci dynamiczne, a plastyczność ogromna. Wiemy już, że mit o „używaniu dwudziestu procent mózgu” jest fałszywy, ale równie prawdziwe jest to, że nie wiemy dokładnie, jak mózg wykorzystuje swoje możliwości w różnych konfiguracjach.
Niektórzy ludzie widzą więcej wzorców, inni lepiej odczytują emocje, jeszcze inni potrafią precyzyjnie analizować dane. Często dzieje się to kosztem innych zdolności. Autyzm jest tu jednym z najbardziej znanych przykładów: niezwykłe możliwości poznawcze mogą współistnieć z poważnymi trudnościami emocjonalnymi i społecznymi. Nie wiemy, którą część mózgu należałoby stymulować, by poprawić jedno bez naruszania drugiego – o ile w ogóle jest to możliwe.
 

Być może tak dokładne postrzeganie rzeczywistości nie jest na co dzień potrzebne. Być może filtry, uproszczenia i emocjonalne skróty są warunkiem normalnego funkcjonowania. Ludzie o skrajnych zdolnościach poznawczych widzą więcej, ale często płacą za to cenę. Nie są „lepsi”. Są inaczej skonfigurowani.
Praktyki dywinacyjne można więc potraktować nie jako magię, lecz jako narzędzie tymczasowej zmiany konfiguracji myślenia. Sposób na to, by choć na chwilę zobaczyć więcej połączeń, niż pozwala codzienny, użytkowy tryb rozumu. Nie daje to dostępu do absolutnej prawdy ani do przyszłości zapisanej poza światem. Daje natomiast możliwość spojrzenia na teraźniejszość z innej perspektywy.
 

Astrologia nie jest tu wyjątkiem. Jest jednym z narzędzi porządkujących uwagę i pomagających dostrzec wzorce rozciągnięte w czasie. Różnica nie polega na „magii”, lecz na sposobie pracy umysłu. I właśnie od tego warto zacząć, zanim przejdzie się do techniki.










03 września 2025

Moi mistrzowie



Fascynuje mnie astrologia horarna, jej precyzja i uniwersalność. Nie jest łatwa, ale za to szybko konfrontuje się z rzeczywistością. Raz, dawno temu, miałam już w ręku książkę o astrologii horarnej, ale odrzuciłam ją, bo wydawało mi się niemożliwe, jak układ gwiazd w momencie stawiania pytania może kryć odpowiedź. Być może to nie był jeszcze odpowiedni moment.

Drugi raz zetknęłam się z tym rodzajem astrologii na wykładzie Johna Frawleya w Polskim Towarzystwie Astrologicznym. Mistrz Frawley niezwykle plastycznie opisał pewną historię, jej głównych bohaterów i przedstawił to wszystko, bazując jedynie na wykresie horoskopu z momentu postawienia pytania. Było to fascynujące, ale w tamtym czasie dla mnie kompletnie niezrozumiałe. Ziarenko jednak zostało zasiane. Po lekturze książki Johna Frawleya o astrologii horarnej kolejny jego wykład był już bardziej zrozumiały. Sposób logicznego wywodu wynikającego z położenia planet w znakach i domach, recepcji, aspektów aplikacyjnych i separacyjnych, uściślania się aspektu w efemerydach – był i jest niezwykle fascynujący. Dedukcja godna Sherlocka Holmesa.

Frawley we wstępie do swojej książki wspomina Olivię Barclay, która w 1980 r. (za Wikipedią) zdobyła Christian Astrology napisaną w XVII w. przez Williama Lilly’ego. Ten rodzaj astrologii zafascynował ją do tego stopnia, że zaczęła tę książkę rozpowszechniać, a wkrótce sama założyła szkołę astrologii horarnej, która wykształciła wielu wybitnych angielskich astrologów. A wspomniany William Lilly to prawdziwy mistrz astrologii horarnej. Jego almanachy były niezwykle popularne, a on sam musiał odpierać zarzuty o stosowanie czarów, ponieważ nikomu nie mieściło się w głowie, że można stawiać tak precyzyjne prognozy.

Ostatnio też przeczytałam książkę Alexeya Borealisa Predictive Astrology Textbook – doskonale napisany, obszerny podręcznik astrologii horarnej i metody Morinusa, na razie dostępny jedynie w języku angielskim i rosyjskim. Alexey Borealis dokładnie tłumaczy, jak w praktyce stosować astrologię horarną. Nadto wnosi własny znaczący wkład do jej rozwoju, doskonale uzupełniając i twórczo rozwijając metody Frawleya, którego jest zresztą uczniem. W drugiej części książki omawia teorię Morinusa, która jest obecnie w krajach anglosaskich top trendy. Podejście to, oparte na specyficznie rozumianej determinacji planet w domach i znakach oraz na tzw. mundalnych dyrekcjach prymarnych, jest w Polsce zupełnie nieznane, chociażby z racji braku programów umożliwiających stosowne obliczenia. Trzeba samodzielnie wykonywać je na Excelu, ale wyniki są godne poniesionego wysiłku. Jest to chyba najdokładniejsza metoda umożliwiająca przewidywanie wydarzeń.


zdjęcie wygenerowane przez RaphaelAi


12 sierpnia 2025

Czy sztuczna inteligencja zastąpi astrologa?


Chat jest doradcą nie szefem. Pomaga ale nie kieruje

Sztuczna inteligencja wzbudza dziś jednocześnie zachwyt i lęk. Jedni traktują ją jak wygodne narzędzie, inni jak wyrocznię, a są i tacy, którzy przypisują jej cechy niemal nadprzyrodzone.

Od miesięcy obserwuję ChatGPT. Oto moje wnioski.

ODPOWIEDŹ UKRYTA W PYTANIU

Jeżeli ktoś zadaje rozbudowane pytanie, zawierające kontekst, emocje i oczekiwania, ChatGPT często odpowiada trafnie dlatego, że odpowiedź już w tym pytaniu się znajduje.
To nie jest wiedza. To echo.

KOMPLEKS WSZECHWIEDZY

ChatGPT nigdy nie mówi „nie wiem”. Gdy brakuje mu danych, zgaduje.
Zgaduje przy tym z pełnym przekonaniem o trafności odpowiedzi, co w astrologii czy tarocie bywa szczególnie mylące.

Dobry astrolog potrafi powiedzieć, że potrzebuje więcej informacji. AI tego nie robi.

ZŁUDZENIE SPÓJNOŚCI

Najgroźniejsze jest to, że nawet gdy AI się myli, brzmi logicznie.
Opisy kart tarota, pozycje planet w znakach i domach to dane ogólnodostępne, które łatwo połączyć w spójny opis.

Problem zaczyna się wtedy, gdy gotowej odpowiedzi nie ma. Wówczas AI tworzy własną interpretację, której pochodzenia nie sposób ustalić.

 ŁĄCZENIE ŹRÓDEŁ-MIECZ OBOSIECZNY.

Zaletą ChatGPT jest zdolność łączenia informacji z wielu źródeł. Wadą jest to, że użytkownicy bezkrytycznie przyjmują te odpowiedzi jako prawdę.

AI potrafi wytworzyć zarówno informację rzetelną, jak i fikcję, z identycznym przekonaniem o ich słuszności.

ZANIK SAMODZIELNEGO MYŚLENIA

Coraz mniej osób chce samodzielnie myśleć. Zamiast sprawdzić informacje, pytają ChatGPT i otrzymują logiczną, ładnie napisaną odpowiedź, bez reklam, dopasowaną do listu, e-maila czy wypracowania.

Podobnie dzieje się w psychologii. Rośnie liczba osób, które szukają wsparcia emocjonalnego u AI, bo jest to łatwiejsze, szybsze i darmowe lub dostępne za miesięczną opłatą.

DEZINFORMACJA W PĘTLI

ChatGPT potrafi podać fałszywe źródła i przypisać autorom słowa, których nigdy nie napisali.

Jeśli ktoś stworzy na tej podstawie pracę naukową, a inny użytkownik zapyta o ten sam temat, model może sięgnąć do tej pracy. W ten sposób fałsz zaczyna żyć własnym życiem.

ZNACZENIE KONTEKSTU

Istnieją aplikacje do rozpoznawania roślin czy ptaków, które uwzględniają lokalizację i zawężają zakres możliwych wyników.

ChatGPT używany w astrologii takiego kontekstu nie zna. Nie wie, w jakiej rodzinie się urodziłeś, jakie masz wykształcenie czy środowisko społeczne, o ile mu tego nie powiesz. Może jedynie zgadywać i nie przyzna się, że zgaduje.

Profesjonalny astrolog pyta o kontekst, ponieważ interpretacja kosmogramu wymaga doświadczenia i rozumienia realiów życia. Z podobnych układów planet mogą wynikać różne wnioski. Sztuka polega na wyborze właściwego.

BRAK OKREŚLENIA PRAWDOPODOBIEŃSTWA TRAFNOŚCI

Aplikacje rozpoznające rośliny czy głosy ptaków podają procent prawdopodobieństwa trafienia. ChatGPT tego nie robi.

Odpowiada zawsze z tą samą pewnością siebie, niezależnie od tego, czy ma solidne podstawy, czy jedynie zgaduje.

NARZĘDZIE NIE ZASTĘPUJE UMIEJĘTNOŚCI

Tak jak kalkulator nie zastępuje znajomości tabliczki mnożenia, a komputer nie zastępuje inżyniera czy lekarza, tak AI nie zastąpi wiedzy astrologa.

Narzędzie może przyspieszyć pracę, ale nigdy nie zastąpi umiejętności wyboru właściwego wniosku. Syntezator nie wyeliminował orkiestr, a elektroniczne pianino nie zamknęło filharmonii. Podobnie syntezatory głosu nie odebrały pracy prawdziwym śpiewakom.

WNIOSEK KOŃCOWY

Rzetelnego astrologa AI nie zastąpi. Może natomiast być pożytecznym narzędziem, które używane świadomie i z krytycyzmem staje się cennym pomocnikiem.




25 czerwca 2025

Koronacja króla Wielkiej Brytanii w tekście Charubela

Podczas niedawnej koronacji króla Karola III, 6 maja 2023 r., w Opactwie Westminsterskim  mogliśmy zobaczyć wielu oficjeli w wyjątkowo uroczystym wydaniu. Szczególną uwagę całego świata zwróciła wytworna dama, trzymająca wielki Miecz Stanu (Sword of State) – brytyjski Szczerbiec. Tę niezwykle ważną podczas ceremonii funkcję miecznika (The Sword of State Bearer) pełniła Penny Mordaunt (ur. 1973) - jako pierwsza kobieta w historii Zjednoczonego Królestwa. Jest to znana polityczka, członkini rządu Liz Truss, przewodnicząca Izby Gmin, mająca honorowy tytuł Lorda przewodniczącego Rady (Lord President of The Council).

Na ilustracji Penelope Mary "Penny" Mordaunt trzymająca Miecz Stanu. Następnie otrzymuje od króla Miecz Ofiarowania.

 



PS. Alexander Dumas w „Trzech Muszkieterach 20 lat później” pisze, że pewien  człowiek przebrał się za kata, aby ściąć głowę króla Karola I. Nazywał się Mordaunt. I tak oto jego krewna trzymała miecz na koronacji także Karola, tyle że Trzeciego, w zupełnie innym celu… Notabene Miecz Stanu został wykonany zaledwie w XIX w., nie to samo co nasz Szczerbiec, pochodzący co najmniej z I poł. XIII w.


Jakby mniej eksponowany podczas koronacji Karola III był chorąży Anglii (The Standard Bearer of England). Oficjalny sztandar Anglii niósł w procesji Francis Dymoke (1955-2023), 34 Lord Scrivelsby i 8 Lord Tetford, Niestety zmarł parę miesięcy po koronacji. Rodzina Dymoke pełni nieprzerwanie funkcję chorążego Anglii i dzierży posiadłość w Scrivelsby (Lincolnshire) od czasów Wilhelma Zdobywcy, czyli od 1066 r. - tak !!! Wiąże się ona z dziedzicznym honorowym tytułem feudalnym: The King's Champion (ewentualnie The Queen's Champion). Miał on obowiązek wyzwać na pojedynek każdego, kto śmiałby kwestionować legitymację nowego władcy. Ostatni taki przypadek miał miejsce w 1821 r., przy okazji koronacji Jerzego IV.

 

 




Charubel, przesycony kulturą wiktoriańskiej Wielkiej Brytanii, tak opisuje 27 stopień Wodnika:

„Chorąży Anglii. Oznacza lidera narodu, osobę publiczną lub może reformatora.”


Na ilustracji chorąży Anglii, Frank S. Dymoke, bodajże 31 Lord of the Manor of Scrivelsby, na koronacji Jerzego V w 1910 r. (pierwszy z lewej).





24 czerwca 2025

Fragmenty "Symboliki stopni zodiaku" Sephariala



23° Bliźnięta

Stary dąb, bez liści i kory, roztrzaskany przez burze, które jednak przetrwał. Stoi samotnie wśród bezludnych wrzosowisk. Człowiek przez swoje własne działania lub zewnętrzne okoliczności zostanie opuszczony przez krewnych i przyjaciół. Napotka wiele przeciwności losu. Burze życia wypalą mu serce do cna i zniszczą jego charakter, zanim młodzieńcze marzenia dojrzeją w nim, by go chronić przed utratą liści. Stopień OPUSZCZENIA.”

Wiekowy dąb, zwany Jagiellonem, w rezerwacie Krzywa Góra w Puszczy Kampinoskiej. Częściowo zwalony, ale jeszcze stoi.



1° Lew

Lew stojący na wzgórzu patrzy na wschodzące słońce. Symbol człowieka o szczególnej godności osobistej, bardzo niezależnego, nieustraszonego, szlachetnego i miłującego wolność. Osoba ta jest ambitna i czasem zazdrości innym zaszczytów, będąc sama obiektem pochwał i pochlebstw. Ma chęć rządzenia innymi, jednocześnie zachowując samokontrolę. Zostanie wręcz nadętym despotą, chyba że ma dobre serce. To jest stopień GODNOŚCI.”

Szlachetny Lew Aslan z „Opowieści z Narnii” C. S. Levisa (1898-1963). Albo Disneyowski Król Lew. Potężny symbol z kultury popularnej. Proponuję trzy zdjęcia. Które wolicie?


 



2° Lew

Chorągiewka lub proporczyk, taki jak wimpel używany przez marynarzy do określania kierunku wiatru. Oznacza osobę o usposobieniu chwiejnym i niepewnym, słabą psychicznie. Ciągle zmienia opinie. Zwykle przychyla się do przeważających poglądów, jest niezdolna do jakiejkolwiek stałości i niezależności. Urodzony będzie doświadczać dziwnych kaprysów losu. Zechce wędrować, wielokrotnie zmieniając miejsca pobytu i ciągle nie będzie miał zapewnionego spokoju ducha. Czasami jest wyjątkowo optymistycznie nastawiony, a zaraz potem nerwowy i przygnębiony. Poczyni niewielki postęp i nie rozwinie się. Jest to stopień SŁABOŚCI."

Wielka Brytania zawsze była państwem morskim, „panującym nad falami”, jak głosi brytyjska pieśń o charakterze hymnicznym ”Rule Britannia”. Stąd w tekście Sephariala i Charubela pełno jest obrazów morskich i terminologii marynarskiej. Notabene każdy kto czytał polską literaturę marynistyczną, zwłaszcza kpt. Karola Olgierda Borchardta (1905-1986), wie że statek idzie po morzu, a nie płynie. Płynie zupełnie co innego. Ja czytałam 😀 

 


Więc cóż to jest wimplel? W Polsce trzeba by mówić o chorągiewce na wietrze, a nie o wiatrowskazie na maszcie okrętu. Tutaj akurat w wersji duńskiej.




15° Lew

Stojąca postać podobna do anioła Słońca (Archanioł Michał). Uderza ziemię czubkiem swego ognistego miecza. Wskazuje człowieka o zupełnie wyjątkowych zdolnościach w jakimś szczególnym kierunku. W nim jest władza nad ludźmi. Umysł ambitny i świadom swych możliwości, które są nieprzeciętne ,jednakże nie wykorzystuje ich do czerpania nienależytych korzyści. W pewnej dziedzinie urodzony stanie się postacią imponującą lub może uczynić coś, co będzie domagać się szerokiego uznania. Temu stopniowi towarzyszą moc i władza, i sława. Oto stopień ZWIERZCHNICTWA."

Czy wiecie co to jest linia Archanioła Michała? Jest to idealna prosta, która na mapie łączy sanktuaria Archanioła Michała od Irlandii aż do Izraela. To jest fakt, a nie interpretacja. Zdumiewające. Ma to być rysa od uderzenia miecza Archanioła, walczącego z szatanem.




22° Panna

Kobieta przeglądająca się w lustrze. Jest piękna, jednakże coś złego czai się w jej oczach i postawie. Osoba zmysłowa, łasa na pochlebstwa, próżna, podatna na złe wpływy. Ryzyko zejścia na złą drogę. Jeżeli urodzony nie wykaże się siłą moralną i nie zdoła kontrolować swych zgubnych instynktów, związki z płcią przeciwną przyniosą mu hańbę i niesławę. To dotyczy zarówno mężczyzn jak i kobiet. Jest to stopień ZMYSŁOWOŚCI.”

Piękność Petera Paula Rubensa (1577-1640). Wenus - obfitość przelewająca się. Proszę bardzo.



29° Panna

Mężczyzna w kardynalskich szatach. Energiczny, wybuchowy, o naturze samotnika, obdarzony dużą wyobraźnią i zdolny do kreatywnej pracy. Ma skłonności do ceremonialnej religijności. Może czasem ulegać podszeptom zmysłowej natury, ale panuje nad nimi dzięki zdolności do samokontroli. Jest to stopień KLERYKALIZMU.

Przez klerykalizm (w oryg. ECCLESIASTICISM) można rozumieć szacunek dla instytucji kościelnych lub upodobanie do religijnej celebry. Jako ilustracja niech posłuży nieco ironiczny obraz belgijskiego akademika Georgesa Croegaerta (1848-1923).



12° Strzelec

Piękna kobieta wypoczywająca na łożu. Umysł pławiący się w rozkoszy zmysłów. Sensualny, folgujący sobie sybaryta. Jest gnuśny, lecz żądny zaszczytów i bogactwa. Przyjemności zmysłowe okażą się dlań ułudą i pułapką, wiodąc go z jednej słabości w drugą, aż wreszcie popadnie w przedwczesne zniedołężnienie i nieporadność. Nie będzie miał już dość siły aby się podnieść. Kobieta mająca zaznaczony ten stopień powinna być otoczona czułą opieką i troską. Stopień ZMYSŁOWOŚCI.” 

Dysponuję ilustracją idealnie tu pasującą. Co ciekawe, pani na zdjęciu ma na sobie bardzo eleganckie, trzeba przyznać, ubrania uszyte z materiałów z UNRRA. Administracja Narodów Zjednoczonych do spraw Pomocy i Odbudowy była gł. amerykańską agencją pomocową, przesyłająca różne dary, działająca po wojnie (1945-1947) m.in. w Polsce, a wspominaną w naszej rodzinie z estymą i wdzięcznością jako „Ciocia Unrra”.




4° Koziorożec

Lampa westalki płonąca jasnym ogniem. Umysł wzniosły i wyjątkowy, oddający się przede wszystkim studiom nad sprawami ducha. Mamy tutaj do czynienia z aspiracjami i intuicją w stopniu najwyższym. Urodzony zechce w ciszy swej izdebki szukać klucza do wielu najwyższych tajemnic ludzkiego życia i umysłu – i go znajdzie. Osiągnie wysoką pozycję w jakiejś sferze i zostanie niekwestionowanym liderem dla ludzkości, formującym umysły. Od tego, co tylko światowe i plugawe jego myśl będzie stronić. Zostanie obdarzony intuicyjną percepcją prawd wiecznych. Oto stopień INICJACJI.”

Lampy oliwne z postacią westalki (ang. vestal lamp) są spotykane w angielskiej XIX-w. ceramice Wedgwooda. Westalki były w starożytnym Rzymie otoczonymi szczególnym szacunkiem dziewiczymi kapłankami bogini ogniska domowego Westy. Westalkę nader rzadko przedstawia się z lampą. Typowym atrybutem, oprócz stroju z welonem i amfory, jest ogień podtrzymywany przez nią na ołtarzu bogini.

Kapłankę Westy z płonącą lampą, wspaniałe wyrzeźbioną przez Raffaele Montiego (1818-81) Sepharial zapewne mógł też zobaczyć w Chatsworth House w Derbyshire.





14° Wodnik

Zniszczony most łączący brzegi wartkiego strumienia. Symbol człowieka, który będzie nękany nieprzewidzianymi niebezpieczeństwami. Powinien zatem czujnie i z należytą rozwagą poruszać się po wąskich ścieżkach życia, pełnego walki o byt. Kiedy dożyje do wieku średniego, nastąpi wielka katastrofa, wskutek której albo straci sprawność w kończynie, albo całkowicie ucierpią wszystkie jego sprawy. Stanie więc w obliczu kolapsacji i może wpakować się w spore kłopoty. Jest pewien, iż w znaczący sposób służy innym, może być nawet autorem bardzo mądrych poradników, ale jednak sam będzie potrzebować pomocy i wsparcia prawie do końca swych dni, chociaż niemal od dzieciństwa musiał być samowystarczalny. Stopień KOLAPSACJI.”

Oto zdjęcie zawalonego przez powodzie i ze starości mostu nad potokiem gdzieś w Tatrach. Trzeba uważać aby przypadkiem po nim nie przechodzić. Ale trudno go znaleźć... Musisz się natrudzić, aby trafić w życiu na taki kompletnie załamany mostek. Zawsze jest nadzieja. Więc tako radzi Charubel: „Nie załamuj się i studiuj swój horoskop” (20° Lew). Nie ulegajmy determinizmowi!