22 lutego 2026

Czy kapłani egipscy wróżyli faraonom z tarota?

 

Krótka odpowiedź brzmi: nie. Dłuższa jest znacznie ciekawsza, ponieważ prowadzi nas nie do Egiptu faraonów, lecz do Europy XVIII wieku.

Antoine Court de Gébelin w 1781 roku, w swoim monumentalnym dziele "Le Monde primitif" ogłosił, że tarot jest ocalałą „księgą starożytnych Egipcjan”, symbolicznym zapisem ich religii, filozofii i wiedzy kosmologicznej. Był to człowiek Oświecenia: wykształcony erudyta, poliglota i historyk. Nieuchronnie pojawia się pytanie, jak mógł wpaść na taki niezwykły pomysł, pisząc "...jeżeli ogłosić, że istnieje jakaś księga starożytnych Egipcjan, księga niestrawiana przez płomienie, które pochłonęły wspaniałe egipskie księgi, księga, która zawiera doktryny odnoszące się do wielu interesujących dziedzin, każdy pośpiesznie rzuciłby się do studiowania tak bezcennego, wspaniałego znaleziska...". Gébelin w tym samym dziele  wspomina, że pewnego razu grał ze swoimi znajomymi w karty tarota (pierwotnie do tego służyły). Znajomi poprosili go, żeby przyjrzał się wnikliwiej obrazkom.  On tak dokładnie je przeanalizował, że zobaczył w nich historię Egiptu. No, ale Europa nie miała wówczas dostępu do egipskich tekstów religijnych. Ten starożytny kraj znano głównie w interpretacji autorów grecko-rzymskich, takich jak Herodot, Plutarch czy Diodor Sycylijski, oraz przez literaturę hermetyczną, przypisywaną postaci Hermesa Trismegistosa (będę jeszcze o nim pisać). Hrabia de Mellet w eseju dołączonym do wspomnianego wyżej dzieła, poszedł jeszcze dalej, konstruując wizję „Księgi Tarosz”, dzieła egipskiego boga Thotha (utożsamianego z greckim Hermesem), które zostało przekazane ludzkości w formie obrazów. Tych właśnie kart używali (według Melleta oczywiście) egipscy kapłani do interpretacji snów, znaków i wydarzeń. Istotną rolę w micie egipskiego tarota odegrała także tzw. Tablica Izydy (Tabula Bembina). Jest to rzymski relief z I wieku n.e., wykonany z brązu i srebra, przedstawiający sceny kultowe i bóstwa w stylu inspirowanym Egiptem. Przez wieki uchodził za autentyczny zabytek egipskiej mądrości, co sprzyjało fantazjom okultystycznym. Court de Gébelin próbował dopatrywać się na niej symboli znanych z tarota, takich jak potrójny krzyż z berła Papieża, lecz dokładna analiza nie potwierdza ich istnienia. Tablica owszem zawiera motywy egipskie, ale przetworzone w stylu niezgodnym z kanonem sztuki faraońskiej, a znaki przypominające hieroglify są raczej ornamentalnymi imitacjami i nie tworzą żadnego tekstu.  

Kolejny etap rozwoju tej narracji wiąże się z działalnością Jean-Baptiste Alliette (1738–1791), znanego pod pseudonimem Etteilla. Był to francuski kartomanta i autor pierwszego systematycznego podręcznika wróżenia z tarota. Twierdził on, że tarot został stworzony przez siedemnastu egipskich magów pod przewodnictwem Hermesa Trismegistosa, spisany na złotych tablicach i ukryty w świątyni Ognia w Memfis. Etteilla przypisywał sobie pierwszeństwo w odkryciu „prawdziwego” znaczenia tarota nazywanego Księgą Thota. Kontynuator tych poglądów Éliphas Lévi uważał tarot za najdoskonalszą ze wszystkich ksiąg, klucz do proroctw i dogmatów, przypisując jego autorstwo Hermesowi Trismegistosowi, którego umieszczał w czasach biblijnego Henocha. Choć dopuszczał wróżebne zastosowanie kart, traktował je jako funkcję drugorzędną. Istotą tarota miały być uniwersalne prawdy symboliczne. Lévi twierdził nawet, że człowiek zamknięty w więzieniu, mając do dyspozycji wyłącznie tarot, mógłby w ciągu kilku lat osiągnąć wiedzę uniwersalną i rozprawiać na każdy temat z niewyczerpaną elokwencją. (Twierdzenie to przypomina klasyczną tezę o nieskończonej liczbie małp, które w nieskończonym czasie mogłyby napisać wszystkie dzieła Szekspira). Dodatkowo Lévi także powołuje się na Athanasiusa Kirchera który badał Tablicę Izydy. 

Te wszystkie uczone wywody i interpretacje miały miejsce przed odnalezieniem Kamienia z Rosetty, który był kluczowy przy odczytaniu hieroglifów przez Champolliona w 1822 r.

Tymczasem w Egipcie faraonów nie istniały karty ani do wróżenia ani do gry. Funkcjonowały natomiast ostrakony (gliniane skorupki do notatek) i pojedyncze kartki papirusowe, a w późnej starożytności kodeksy, lecz był tam tekst nie obrazki. Egipska dywinacja opierała się na interpretacji snów, wyroczniach świątynnych i obserwacjach zjawisk przyrodniczych. 

Karty tarota pojawiają się dopiero w XV-wiecznych Włoszech jako gra dworska.

Mit egipskiego pochodzenia tarota przetrwał, ponieważ odpowiadał potrzebie autorytetu. Nowożytni autorzy przywykli do modelu religii księgi. Skoro Egipt był tak potężną cywilizacją,  musiał posiadać własną „Biblię”. Ponieważ nie istniał jeden kanoniczny tekst, rolę tę przypisano tarotowi. W ten sposób Egipt stał się symbolicznym źródłem legitymizacji tej szczególnej talii.

Największy paradoks polega na tym, że Gébelin całkowicie się mylił, a jednak wpłynął na historię tarota bardziej niż ktokolwiek przed nim. Nie odkrył starożytnej księgi, lecz stworzył ideę. To ona pozwoliła okultystom XIX i XX wieku traktować tarot w sposób szczególny. Co istotne, gdy w XIX wieku część z nich zaczęła dostrzegać słabość egipskiej hipotezy, nie zrezygnowano z idei starożytnego rodowodu tarota. Zamiast tego pojawiło się powiązanie kart z Drzewem Życia i kabałą. 

Historia tarota okazuje się więc historią kolejnych prób nadania mu możliwie najstarszego i najbardziej prestiżowego pochodzenia. Gdy upadała jedna teoria, pojawiała się następna. Egipt ustępował miejsca kabale, a autorytet starożytności zastępowano autorytetem tradycji ezoterycznej.

W kolejnym wpisie przyjrzę się właśnie tej kabalistycznej reinterpretacji tarota: skąd się wzięła, kto ją rozwinął i czy ma jakiekolwiek historyczne podstawy. 


Bibliografia:

Rafał T. Prinke, Tarot. Dzieje niezwykłej talii kart, wydanie II, Wydawnictwo FOSFOROS, Lydney 2025 

Donald Tyson (red.), Tarot w pismach wybitnych okultystów z XVIII, XIX i XX wieku, przeł. Bartłomiej Kotarski, red. nauk. Anna Brzezińska, Wydawnictwo Kobiece / Illuminatio, 2022.

Erik Hornung, Egipt ezoteryczny. Tajemna wiedza Egipcjan i jej wpływ na kulturę Zachodu, przeł. i red. nauk. Andrzej Niwiński, Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2025 

Andrzej Niwiński, Mity i symbole starożytnego Egiptu, Warszawa 1992.

Andrzej Niwiński, Bóstwa, kulty i rytuały starożytnego Egiptu, Warszawa 1993.


16 lutego 2026

Tam gdzie piękno, sacrum i medycyna przenikają się wzajemnie

 

Mirra, kadzidło i złoto. Te trzy słowa słyszymy w kolędach, często jeszcze nie wiedząc, czym naprawdę są. W Ewangelii świętego Mateusza mędrcy ze Wschodu przynieśli Dziecięciu w darze złoto, kadzidło i mirrę. W tekście greckim pojawiają się słowa chrysos, libanos i smyrna. Libanos oznacza olibanum, czyli żywicę drzewa Boswellia, smyrna – mirrę, żywicę Commiphora. Ofiarowanie kadzidła oznaczało uznanie boskości, złoto było symbolem władzy, mirra łączyła wymiar królewski i sakralny.  

                                                                             mirra 

 
olibanum

                                          

Starożytny Egipt pachniał słońcem i żywicą. Dym unoszący się w sanktuariach, aromaty rozgrzewane na żarze, pachnidła wcierane w ciało tworzyły atmosferę, w której religia, estetyka i praktyczna wiedza medyczna łączyli się nierozerwalnie ze sobą. Aromat był istotą rytuału. W reliefach Nowego Państwa i Okresu Ptolemejskiego dostrzegamy kapłana lub faraona trzymającego kadzielnicę, z której wznosi się smuga dymu ku obliczu bóstwa. Hieroglificzny znak ramienia zakończonego misą oznaczał akt kadzenia, a znak naczynia z płomieniem i dymem samą kadzielnicę. Egipskie słowo senecher, oznaczające kadzidło, pozostaje w związku ze słowem necher, bóg. Okadzać znaczyło czynić boskim. To, co zostaje okadzone, zostaje włączone w sferę sacrum.

 

 

 

W reliefach z portyku w Deir el-Bahari z czasów królowej Hatszepsut, przedstawiono mit jej boskiego poczęcia. Bóg Amon przybiera postać małżonka królowej Ahmes i zbliża się do niej, aby począć przyszłą władczynię. Ahmes budzi się, czując słodką woń boga, a jej ciało zostaje napełnione zapachem. Wonności określane są jako pochodzące z Puntu, krainy drzew mirrowych i kadzidłowych. Zapach jest pierwszym wyczuwalnym znakiem obecności bóstwa. 

Punt prawdopodobnie znajdował się w rejonie dzisiejszej Erytrei, północnej Somalii i wschodniej Etiopii. To naturalne środowisko drzew Boswellia i Commiphora, źródła olibanum i mirry. Drugim obszarem z którego pozyskiwano pachnącą żywicę była południowa Arabia, zwłaszcza dzisiejszy Oman i Jemen, gdzie rośnie Boswellia sacra. Handel odbywał się drogą morską przez Morze Czerwone oraz lądem przez Półwysep Arabski. Zapach unoszący się w egipskich świątyniach miał więc swoje źródło na wybrzeżach Morza Czerwonego i Oceanu Indyjskiego.                                                                                     
Plutarch pisał “.. Powietrze w którym nieustannie oddychamy i jesteśmy nie zawsze ma ten sam stan i skład lecz nocą gęstnieje i uciska ciało prowadząc dusze przyćmioną i ociężałą do stanu przygnębienia i smutku. Z tego powodu Egipcjanie  gdy tylko wstają o świcie spalają w ofierze kadzidło rozjaśniając i oczyszczając powietrze i ożywiają w ten sposób ducha osłabionego w ciele…”Plutarch opisuje, że Egipcjanie spalali rano kadzidło, w południe mirrę, a wieczorem kyphi, wieloskładnikową mieszankę sporządzaną według świętych tekstów. Zauważmy, że także i tutaj podobnie jak w Biblii polski tłumacz używa słowa kadzidło na grecki libanos, oznaczającego konkretną żywicę Boswellia, nie kadzidło ogólnie. Kyphi natomiast składa się z miodu, wina, rodzynek, mirry,  mastyksu, jałowca, kardamonu oraz inne aromatycznych składników. Według Plutarcha słodki i miły zapach palonego kyphi  łagodził smutki i napięcia codziennych trosk oraz przynosił miłe i spokojne  sny. Mieszanka ta była także używana jako napój i balsam. Kadzidło i mirra są „owocami działania słońca”, ponieważ drzewa sączą żywicę w gorące południe i dlatego palono je w dzień.  

W tradycji hebrajskiej olibanum nosi nazwę לְבוֹנָה (levonah). W Księdze Wyjścia czytamy: „Weź sobie wonności: nataf, szechelet, chelbenah oraz levonah zakah; wszystko w równych częściach.” Levonah zakah oznacza czyste kadzidło, czyli olibanum. W tym samym rozdziale ustanowiono rytm codziennego kadzenia rano i wieczorem, a w Księdze Kapłańskiej pojawia się wyrażenie anan haqetóret – „obłok kadzidła”, który ma okryć Święte Świętych. W języku hebrajskim funkcjonuje także termin qetóret czyli mieszanka kadzielna, która mogła służyć wyłącznie do celów rytualnych.

Zarówno hebrajskie levonah, jak i greckie libanos wywodzą się najprawdopodobniej z semickiego rdzenia LBN, oznaczającego biel. Ten sam rdzeń pojawia się w nazwie Liban, odnoszącej się do jasnych, ośnieżonych gór, choć same drzewa kadzidłowe tam nie rosną. Łacińska forma olibanum powstała z greckiego wyrażenia ὁ λίβανος (ho libanos), w którym rodzajnik został wchłonięty do wyrazu. 

Mirra, grecka smyrna, dała nazwę miastu Smyrna w Azji Mniejszej, dzisiejszemu Izmirowi, ważnemu portowi handlowemu świata greckiego i rzymskiego. Nie oznacza to, że mirra tam rosła, lecz że tam przechodziły szlaki handlowe żywic.

Okadzanie miało również wymiar medyczny. Starożytni medycy opisują mirrę i olibanum jako substancje osuszające i oczyszczające, stosowane na rany oraz do okadzania pomieszczeń. Współczesne analizy chemiczne potwierdzają, że Boswellia zawiera kwasy bosweliowe o działaniu przeciwzapalnym, a Commiphora związki o właściwościach antyseptycznych.

W Egipcie zapach był znakiem obecności bóstwa. W świątyni jerozolimskiej dym tworzył zasłonę między człowiekiem a Bogiem i oddzielał sacrum od profanum. W obu kulturach wznosząca się smuga dymu wyznaczała granicę między tym, co ludzkie, a tym, co święte.



                                                   Commiphora źródło istock photo





                                            Boswelia sacra źródło Wikipedia


Bibliografia

Biblia, Księga Wyjścia, Księga Kapłańska, Ewangwlia wg świętego Mateusza

Plutarch, O Izydzie i Ozyrysie 

Andrzej Niwiński, Bóstwa, kulty i rytuały starożytnego Egiptu, Warszawa 1993.

Wikipedia 



09 lutego 2026

Starożytny Egipt: Między Maa't a astrologią

 



W starożytnym Egipcie porządek świata, Maʿat, nie był abstrakcyjną ideą, lecz realnością, którą należało nieustannie podtrzymywać jako niezmienny ład społeczny i kosmiczny. Istnienie świata nie było dane raz na zawsze, lecz wymagało ciągłego odnawiania poprzez rytuał, kult oraz prawowitą władzę królewską. Słońce nie „wschodziło” samo; przeciwnie, każdego dnia musiało być obudzone do życia przez faraona lub, w jego zastępstwie, przez najwyższego kapłana stolicy państwa.

Wnikliwymi obserwatorami nieba byli kapłani godzinowi unud, którzy śledzili czas za pomocą obserwacji gwiazd oraz zegarów słonecznych i wodnych, by w odpowiedniej chwili dać sygnał do rozpoczęcia ceremonii. Specjaliści–astronomowie prowadzili obserwacje na dachach świątyń, rejestrując położenie ciał niebieskich. Zauważyli, że co dziesięć dni, tuż przed wschodem Słońca, na wschodnim niebie pojawia się nowa grupa gwiazd. Na tej podstawie podzielili rok na trzydzieści sześć dziesięciodniowych okresów, zwanych dekanami.

Wzmianki o dekanach pojawiają się już w Tekstach Piramid, jednak w pełni potwierdzony i uporządkowany system rozwija się dopiero w Pierwszym Okresie Przejściowym oraz w Średnim Państwie. Głównym źródłem są tu sarkofagi z Asjut. Dekany nie były jednak narzędziem interpretacji losu jednostki, lecz elementem kosmicznej miary czasu.

Wiedza astronomiczna miała znaczenie fundamentalne, ponieważ od heliakalnego wschodu gwiazdy Sothis (Syriusza) rozpoczynał się w czasach Starego Państwa coroczny, kluczowy dla funkcjonowania Egiptu wylew Nilu, decydujący o żyzności ziemi i trwaniu państwa. Z biegiem stuleci moment heliakalnego wschodu Syriusza i faktyczny początek wylewu Nilu, na skutek precesji, stopniowo się rozchodziły. Z kolei brak lat przestępnych sprawił, że początek roku kalendarzowego stopniowo przesuwał się względem heliakalnego wschodu Syriusza (Sothis). (Heliakalny wschód oznacza pierwsze widoczne pojawienie się gwiazdy na porannym niebie, tuż przed wschodem Słońca, po okresie jej niewidoczności spowodowanej bliskością Słońca na niebie)

Rozjazd między kalendarzem a rytmem przyrody nie był jednak postrzegany jako zagrożenie dla porządku świata; kalendarz cywilny pozostał nieskorygowany. Nie utożsamiano wówczas układu nieba w chwili narodzin z losem człowieka. Skoro czas postrzegano jako koło, a świat nieustannie powracał do swojego początku, nie istniała potrzeba przewidywania przyszłości jednostki.

Obserwacja nieba nie jest bowiem równoznaczna z próbą odczytywania losu z gwiazd. To Mezopotamia jako pierwsza dostrzegła związek między ruchami planet a losem królów, a filozofia grecka wprowadziła pojęcie losu jako kosmicznej konieczności. Na tym gruncie wyrosła astromagia, zakładająca możliwość odwrócenia losu poprzez rytuały, techniki medytacyjne i symboliczne wznoszenie się ku gwiazdom w celu zmiany niekorzystnych zapisów.

Różnica między Egiptem a Mezopotamią jest w tym punkcie zasadnicza. W Mezopotamii planety nie tylko nosiły imiona bogów, lecz były bogami, a ich wpływ na świat ziemski miał religijne umocowanie. W Egipcie natomiast bogowie nie byli jednoznacznie utożsamiani z planetami. Takie identyfikacje pojawiły się dopiero w interpretacjach greckich, próbujących zestawić egipski panteon z własnym.

Proces przejścia ku astrologii był stopniowy. Najpierw dekany zaczęły przyjmować postać istot opiekuńczych, powiązanych z losem i ciałem. Następnie w Egipcie pojawił się zodiak, zapożyczony z tradycji babilońskiej i przetworzony w duchu egipskim. W okresie rzymskim rozwinęła się astrologia predykcyjna.

Monumentalnym świadectwem tej przemiany jest zodiak z Dendery, relief z późnego okresu ptolemejsko-rzymskiego. Przedstawia on dwanaście znaków zodiaku w formie znanej z tradycji babilońsko-greckiej, ujętych jednak w egipski język religijny. Obok znaków pojawiają się dekany, planety oraz bóstwa opiekujące się kosmosem. Zodiak nie zastępuje egipskiej kosmologii, lecz zostaje w nią włączony jako nowy sposób przedstawienia porządku świata. Nie jest to narzędzie prywatnych horoskopów, lecz teologiczny obraz kosmosu jako uporządkowanej całości.

Wraz z upadkiem niezależnego państwa, obcymi podbojami oraz włączeniem Egiptu w świat hellenistyczny, a następnie rzymski, historia przestała być doświadczana jako cykl nieustannego powrotu. Zanikł porządek, dotąd gwarantowany na ziemi przez faraona i rytuał. W schyłkowym okresie dziejów Egiptu, wraz ze wzrostem wpływów obcych kultur, zwłaszcza greckiej, Egipcjanie otworzyli się na astrologię. Ciało ludzkie zaczęło być postrzegane jako odbicie struktury nieba, a los biologiczny jako wpisany w porządek kosmosu. Astrologia stała się odpowiedzią na świat, który przestał powracać w niezmiennym rytmie, oraz na historię, która przestała „kołem się toczyć”. Gwiazdy przejęły funkcję, którą wcześniej pełniły rytuał, kalendarz i władza królewska.

Nie była to jednak nauka tak bardzo starożytna, jak chcieli ją widzieć Grecy i jak do dziś bywa przedstawiana w niektórych publikacjach.


BIBLIOGRAFIA

Hornung, Erik, Egipt ezoteryczny. Tajemna wiedza Egipcjan i jej wpływ na kulturę Zachodu, wyd. 1, Warszawa 2025, Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego.

Niwiński, Andrzej, Mity i symbole starożytnego Egiptu, wyd. 2 poprawione i uzupełnione, Warszawa 1992, Wydawnictwo Pro Egipt.

Niwiński, Andrzej, Bóstwa, kulty i rytuały starożytnego Egiptu, Warszawa 1993, Wydawnictwo Pro Egipt.

05 lutego 2026

Jasnowidz w laboratorium

 


Naukowcy, słysząc o niezwykłych zdolnościach niektórych osób, próbowali ustalić, czy są to jedynie czcze wymysły, czy też kryje się w nich ziarno prawdy. Wspominałam w poprzednim wpisie, że doświadczenia z osobami uzdolnionymi medialnie rzadko przynosiły jednoznaczne rezultaty. Badacze poszli jednak o krok dalej i postanowili sprawdzić, czy można sztucznie wpłynąć na ludzki mózg w taki sposób, by wywołać wizje lub inne atypowe odczucia.

Michio Kaku w książce „Fizyka rzeczy niemożliwych” omawia telepatię, jasnowidzenie i zjawiska pokrewne, odwołując się do badań nad płatem skroniowym. Problem polega na tym, że wiele jego tez opiera się nie tyle na samych wynikach badań, ile na ich daleko idącej interpretacji.

Wilder Penfield, operując chorych na padaczkę, rzeczywiście odkrył, że pobudzenie kory skroniowej może wywoływać niezwykle żywe efekty. Pacjenci słyszeli głosy bliskich osób i powracali do minionych wspomnień. Penfield pisał jednak wprost, że była to aktywacja ośrodków pamięci i nic ponadto.

Podobnie Norman Geschwind, badając padaczkę płata skroniowego, opisał zespół pewnych cech osobowości, takich jak skłonność do refleksyjności, wzmożone zainteresowania religijne oraz silne zaangażowanie emocjonalne. Nie twierdził jednak, że padaczka produkuje proroków czy wizjonerów.

Michael Persinger zasłynął natomiast tak zwanym „hełmem Boga”, który miał wywoływać u badanych poczucie obecności. Gdy jednak w 2004 roku przeprowadzono ścisłą, podwójnie ślepą próbę, efekt ten zniknął.

W książce Michio Kaku te trzy wątki, u Penfielda czysta neurochirurgia, u Geschwinda opis zmian zachowania, u Persingera eksperyment o dyskusyjnej jakości, zostają złożone w jedną narrację. Jest to narracja sugerująca, że wizje, jasnowidzenie i doświadczenia paranormalne można zredukować do prostego zakłócenia w obrębie płata skroniowego.

W drugiej połowie XX wieku zagadnienia parapsychiczne i psychotroniczne rzeczywiście znajdowały się w polu zainteresowań niektórych środowisk badawczych. Należy jednak zaznaczyć, że parapsychologia i psychotronika nie funkcjonowały jako samodzielne wydziały uniwersyteckie. Badania nad zjawiskami określanymi jako parapsychiczne prowadzono w ramach istniejących struktur akademickich, głównie na wydziałach psychologii, psychiatrii i medycyny, w postaci wyspecjalizowanych zespołów zajmujących się tak zwanymi doświadczeniami anomalnymi. Równolegle, zwłaszcza w Europie Środkowo Wschodniej okresu zimnej wojny, termin „psychotronika” funkcjonował jako określenie nurtu badań i tematyki konferencji naukowych, po których zachowały się materiały źródłowe.

W przypadku niektórych osób dało się potwierdzić skuteczność ich przewidywań. Można było wykazać, że wiedzą coś, czego wiedzieć nie powinni. Nie dało się natomiast jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie, w jaki sposób tę wiedzę pozyskują. To istotna granica, fakt działania nie oznacza jeszcze zrozumienia mechanizmu.

Współczesna nauka coraz wyraźniej przyznaje, że mózg nie funkcjonuje według prostych, lokalnych map. Funkcje są rozproszone, sieci dynamiczne, a plastyczność ogromna. Wiemy dziś, że mit o używaniu dwudziestu procent mózgu jest fałszywy, ale równie prawdziwe jest to, że nie rozumiemy dokładnie, w jaki sposób mózg wykorzystuje swoje możliwości w różnych konfiguracjach.

Niektórzy ludzie dostrzegają więcej wzorców, inni lepiej odczytują emocje, jeszcze inni potrafią z niezwykłą precyzją analizować dane. Często dzieje się to kosztem innych zdolności. Autyzm jest tu jednym z najbardziej znanych przykładów. Wybitne możliwości poznawcze mogą współistnieć z poważnymi trudnościami emocjonalnymi i społecznymi. Nie wiemy, którą część mózgu należałoby stymulować, by poprawić jedno bez naruszania drugiego, o ile w ogóle jest to możliwe.

Być może tak intensywne postrzeganie rzeczywistości nie jest na co dzień potrzebne. Być może filtry, uproszczenia i emocjonalne skróty są warunkiem normalnego funkcjonowania. Ludzie o skrajnych zdolnościach poznawczych widzą więcej, ale często płacą za to cenę. Nie są lepsi. Są inaczej skonfigurowani.

Praktyki dywinacyjne można zatem traktować nie jako magię, lecz jako narzędzie tymczasowej zmiany konfiguracji myślenia, sposób na to, by choć na chwilę dostrzec więcej połączeń, niż pozwala codzienny, użytkowy tryb rozumu. Nie daje to dostępu do absolutnej prawdy ani do przyszłości zapisanej poza światem. Daje natomiast możliwość spojrzenia na teraźniejszość z innej perspektywy.

Astrologia nie jest tu wyjątkiem. Jest jednym z narzędzi porządkujących uwagę i pomagających dostrzec wzorce rozciągnięte w czasie.

01 lutego 2026

Jasnowidz i medium: paranormalne zdolności czy wyjątkowo sprytne sztuczki?

 



Jednym z najważniejszych polskich badaczy zjawisk mediumicznych (materializacje zjaw, wirujące stoliki itp.) był Julian Ochorowicz, psycholog i filozof, który łączył znajomość fizjologii, hipnozy oraz technik iluzjonistycznych z opisywaniem fenomenów, których nie potrafił wytłumaczyć.
Jego najsłynniejsze badania dotyczyły włoskiego medium Eusapii Palladino skromnej niepiśmiennej kobiety, która nie pobierała honorariów i nie wykazywała objawów żadnych chorób nerwowych. Podczas seansów obserwowano m.in. dotknięcia bez kontaktu fizycznego, powiewy powietrza oraz ruchy przedmiotów znajdujących się poza zasięgiem medium. Pojawiały się także komunikaty o charakterze spirytystycznym, jednak „duchy” posługiwały się wyłącznie językami znanymi uczestnikom, a zakres przekazywanych informacji nie wykraczał poza ich wiedzę. Dla Ochorowicza był to argument, że zjawiska te mogą stanowić nieznany jeszcze przejaw psychiki, a nie dowód na istnienie bytów nadprzyrodzonych. Sam badacz natomiast nie był spirytystą i nigdy nie twierdził, że obcuje z duchami.

W dwudziestoleciu międzywojennym seanse mediumiczne stały się popularną rozrywką elit. Największy rozgłos zyskał Teofil Modrzejewski, działający pod pseudonimem Franek Kluski. Jak wynika z relacji, jego „kariera” zaczęła się przypadkowo. Zjawiska pojawiły się wokół niego podczas seansu, w którym uczestniczył jedynie jako obserwator. Obszerne relacje z seansów przekazuje Norbert Okołowicz w książce "Wspomnienia z seansów z medium Frankiem Kluskim" (1926), zawierającej protokoły, fotografie i schematy z kilkudziesięciu seansów, w których brali udział lekarze, inżynierowie, oficerowie i ludzie kultury. Okołowicz, oficer i jednocześnie skrupulatny kronikarz, szacuje liczbę uczestników tych seansów na kilkaset osób, wśród których znajdowało się wielu lekarzy, inżynierów i przedstawicieli elit wojskowych oraz artystycznych. W relacji świadków czytamy, że w ciemnym lub czerwono przyciemnionym pokoju pojawiały się zjawiska świetlne jak małe fosforyzujące kule, smugi, niekiedy większe „plamy” światła przypominające sylwetki. Uczestnicy opisywali też dotknięcia niewidzialnych rąk, muskania po twarzy i włosach, chwytanie za ramiona czy dłonie oraz nagłe powiewy zimnego powietrza. Pojawiały się materializacje zwierząt: niewielkiego ptaka, którego obecność zdradzało trzepotanie skrzydeł i dotyk pazurków, istoty przypominającej łasicę, a także dużego kudłatego „stworzenia”, które – jak wspominali niektórzy – lizało uczestników po twarzy czy dłoniach. Z ciemności wyłaniały się także postaci ludzkie: m.in. „asyryjski arcykapłan” w charakterystycznym stroju, postać oficera mówiącego po włosku oraz sylwetki osób, znane niektórym uczestnikom seansów.
W czasie eksperymentów ustawiano naczynie z gorącą parafiną oraz z zimną wodą. Według relacji świadków „zjawy” zanurzały w nich dłonie, stopy lub twarze, po czym pozostawała cienka forma woskowa, zalewana następnie gipsem. Zachowane odlewy, przechowywane m.in. w Instytucie Metapsychicznym w Paryżu, ukazują drobne szczegóły anatomiczne. W 1920 roku Kluski został zaproszony do Paryża przez dyrektora Institut Métapsychique International, Gustave Geley. Podczas eksperymentów do parafiny dodano marker chemiczny (cholesterol), który później odnaleziono w formach woskowych. Dla ówczesnych badaczy był to dowód, że odlewy powstały w trakcie seansu. 
Równolegle w literaturze zaczęły pojawiać się relacje o możliwych oszustwach. Artykuły sceptyczne przypominają seans, na którym zamiast odlewu twarzy w parafinie otrzymano odlew pośladków – francuski dziennikarz Paul Heuzé uznał, że medium po prostu zanurzyło w parafinie własne ciało. Pojawiły się też informacje o rzekomym „przyznaniu się do oszustwa”, o którym miał pisać m.in. Joseph Rinn oraz Melvin Harris – choć i tu opieramy się na przekazach wtórnych, a nie na zachowanym tekście samego Modrzejewskiego. Najbardziej spektakularny element całej historii czyli domniemana fizyczna niemożliwość sfałszowania parafinowych odlewów rzeczywiście został osłabiony przez współczesne eksperymenty. W 1997 roku włoski badacz Massimo Polidoro wraz z chemikiem Luigim Garlaschellim postanowili sprawdzić, czy można wykonać taki odlew bez udziału zmaterializowanych „duchów”. Z użyciem zwykłej parafiny, kontrolując temperaturę oraz bardzo precyzyjnie prowadząc ruch dłoni, uzyskali cienkie „rękawice” woskowe, z których można było ostrożnie wysunąć rękę, nie niszcząc struktury formy. Po zalaniu ich gipsem otrzymali odlewy uderzająco podobne do tych, które powstawały podczas seansów z Kluskim. Warto jednak zauważyć, że Polidoro i Garlaschelli nie wyjaśniają, czy próbowali wykonywać swoje doświadczenia w zupełnej ciemności, pod presją kilkunastu świadków z koniecznością zachowania absolutnej ciszy i bez prawa do powtórzeń. Wkładanie twarzy do gorącej parafiny w takich warunkach mogłoby skończyć się zwykłym poparzeniem, a zarzut, że Modrzejewski sam zanurzał w parafinie własne ręce, również nie jest oczywisty – musiałby je potem wyjąć bez rozerwania delikatnej struktury formy. Chyba że, odlewy powstawały w innym czasie niż same seanse. Z drugiej strony, jeśli już rozważamy scenariusze alternatywne, trzeba uczciwie przyznać, że możliwość mistyfikacji nie musiała spoczywać wyłącznie na barkach medium. W seansach uczestniczyły osoby z najwyższych sfer – ludzie inteligentni, obeznani z teatrem, optyką, fotografią i różnymi technikami scenicznych sztuczek. Gdyby kiedykolwiek doszło do oszustwa, równie dobrze mogłoby ono wynikać z działań któregoś z „obserwatorów”, a nie samego Modrzejewskiego, który podczas pracy mediumicznej znajdował się w transie i był w dużej mierze zależny od otoczenia. Takiej hipotezy nie można całkowicie wykluczyć.  Pragnę podkreślić, że te opowieści znam z książek Leszka Szumana, Lecha Emfazego Stefańskiego. Oni z kolei korzystają głównie ze świadectw ustnych i przekazów wtórnych często typu „ktoś słyszał, że ktoś mówił”. Mam więc pełną świadomość, że przez lata mogły narosnąć różne dopowiedzenia i przeinaczenia, tak typowe dla wspomnień przekazywanych z ust do ust. Ludzie rzadko rozróżniają, co rzeczywiście widzieli, co jedynie zapamiętali z opowieści innych, a co powstało już w ich własnej wyobraźni. Tym bardziej, że nikt nie chodził z notesem, by punkt po punkcie zapisywać wszystko, czego doświadczał lub co usłyszał. W efekcie materia, z którą dziś pracujemy, nosi ślady nieuchronnych zniekształceń pamięci i trzeba o tym zawsze lojalnie przypominać czytelnikowi.

Innymi szeroko komentowanymi zjawiskami tamtych czasów było jasnowidzenie i zjawiska telepatyczne których głównym bohaterem był Stefan Ossowiecki. Zyskał on rozgłos dzięki licznym przypadkom odnajdywania zaginionych oraz udziałowi w eksperymentach, którymi fascynowały się ówczesne elity. Ponadto z jego pomocy korzystała policja, a w pokazach i próbach organizowanych również w środowisku wojskowym uczestniczył sam marszałek Józef Piłsudski. Większość spotkań była protokołowana, a ich uczestnicy dobrowolnie podpisywali się pod wnioskami z eksperymentów. Słynny jasnowidz funkcjonował więc na przecięciu dwóch światów: naukowego sceptycyzmu i parapsychologicznego entuzjazmu. Część badaczy podejrzewała go o stosowanie sztuczek, podczas gdy inni byli pod wrażeniem rezultatów, które nie dawały się w żaden sposób wyjaśnić. Popularność Ossowieckiego utrzymywała się przez lata, co jest argumentem ,że jego działania były uznawane za nadzwyczajne lub trudne do wyjaśnienia. Jeden z takich przypadków przytacza osoba z bliskich kręgów premiera Ignacego Jana Paderewskiego. Chodziło o człowieka, który właśnie miał objąć placówkę zagraniczną. Ossowiecki podczas spotkania wyraźnie poczuł, że człowiek ten nie dożyje nominacji, co w krótkim czasie się sprawdziło. Inną relację przytaczał dr Tadeusz Gliwic, opowiadając historię zasłyszaną od swego ojca, Hipolita Gliwica. Jasnowidz zobaczył nad głową znajomego pana Gliwica coś w rodzaju aureoli, co według jasnowidza zwiastowało bliską śmierć. Gliwic umówił się z owym człowiekiem na obiad trzy dni później i wkrótce po tym spotkaniu mężczyzna zginął w wypadku samochodowym. Z kolei jeden z sędziów warszawskiego sądu okręgowego wspominał, że widział kiedyś zaniepokojonego Ossowieckiego, biegnącego w nocy w stronę brzegu Wisły. Okazało się, że miał wyjątkowo silną wizję ludzi tonących co okazało się prawdą. Szybka reakcja jasnowidza uratowała życie większości z nich. Wiele osób z kręgów naukowych kwestionowało jego niezwykłe zdolności, zarzucając mu nawet oszustwa. Jednakże jako znany inżynier, przedsiębiorca i osoba znakomicie ustosunkowana, nie miał on żadnego racjonalnego powodu, by kompromitować się przed gronem własnych znajomych, wojskowych i naukowców. Dodatkowo, co potwierdzają także inne przypadki tego typu, zjawiska subtelne, zależne od koncentracji i stanu wewnętrznego, łatwo ulegają zakłóceniom w warunkach laboratoryjnych, zwłaszcza wtedy, gdy wykonawca spodziewa się niechęci lub wrogości obserwatorów. W konsekwencji wyniki badań przeprowadzanych w takiej atmosferze nie zawsze odzwierciedlają faktyczne możliwości osoby poddawanej testom. Jasnowidz w swoich pamiętnikach wspominał: „...w warunkach zimnego laboratorium wyniki są słabsze, gdyż środowisko nastawione jest wrogo...”


W czasach powojennych dużą popularnością cieszył się Czesław Klimuszko, franciszkanin, który swoje doświadczenia opisał w książkach pt. "Moje widzenie świata" oraz "Parapsychologia w moim życiu". Twierdził, że zdolności jasnowidzenia i intuicyjnego rozpoznawania właściwości roślin rozwijały się u niego stopniowo, a ich nasilenie wiązał z traumatycznymi przeżyciami wojennymi.
Klimuszko uważał swoje zdolności za formę służby i nie pobierał za nie wynagrodzenia. Podkreślał również ich zmienność, w zależności od stanu psychicznego, miejsca i nastawienia otoczenia. Wspominał o sytuacjach, w których niczego nie „widział”, co uważał za naturalne ograniczenie tego rodzaju percepcji.
Na marginesie warto zauważyć, że intuicyjne reakcje w sytuacjach granicznych pojawiają się także u osób, które nigdy nie uważały się za jasnowidzów. Relacje o nagłych przeczuciach ratujących życie są powszechne i nie stanowią dowodu na istnienie zdolności paranormalnych, ale pokazują, że ludzka percepcja w warunkach skrajnego zagrożenia może funkcjonować w sposób trudny do uchwycenia klasycznymi metodami badawczymi.

Doświadczenia Ochorowicza oraz fenomeny Kluskiego, Ossowieckiego i Klimuszki nie pozwalają na jednoznaczne rozstrzygnięcie, czy mamy do czynienia z rzeczywistymi zdolnościami paranormalnymi.. Pokazują jednak, że zjawiska te były traktowane poważnie przez ludzi nauki i elit, a ich całkowite sprowadzanie do oszustwa bywa intelektualnym uproszczeniem. Rzetelność wymaga, by równie wyraźnie zaznaczać zarówno granice wiedzy, jak i luki badawcze, które do dziś pozostają nierozstrzygnięte.