12 lipca 2026

Stoicyzm w praktyce- rozsądne planowanie, czyli jak Ewa podróżowała do Wadi al Rayan w prowincji Fayoum

Ta historia jest dla mnie dobrym przykładem stoicyzmu w praktyce, choć wtedy wcale nie myślałam o stoikach. A jednak zrobiłam coś, co dziś wydaje mi się bardzo bliskie stoickiemu sposobowi myślenia: próbowałam opanować emocje na tyle, żeby skupić się na następnym kroku.

Nie na całej przyszłości. Nie na wszystkich możliwych katastrofach. Nie na pytaniu, co będzie, jeśli wszystko pójdzie źle. Tylko na tym, co mogę zrobić teraz.

Kiedyś, będąc w Egipcie, wymyśliłam sobie, że pojadę do Fayoum. Z książeczki, którą miałam, wynikało, że jest to miejsce bezpieczne i turystyczne, więc założyłam, że na miejscu będą autobusy, taksówki, może jakiś przystanek, restauracja albo cokolwiek, co pozwoli mi łatwo zorganizować dalszą drogę.

Pojechałam więc z Aleksandrii do Kairu, a potem z Kairu do Fayoum. Oczywiście mniej więcej zastanawiałam się, jak to dalej zrobię, ale nie miałam pełnego planu. Uznałam, że będę pytać ludzi i jakoś sobie poradzę. Przez pewien czas wszystko rzeczywiście układało się całkiem dobrze.

Potem wzięłam taksówkę.  Kierowca nie znał angielskiego, ale telefonicznie połączył się z siostrą, z którą, na szczęście, mogłam się porozumieć. Problem zaczął się wtedy, gdy taksówkarz zorientował się, że miejsce, do którego mnie zawiózł, nie wyglądało wcale tak, jak je sobie wyobrażałam. Nie było tam widocznych taksówek, autobusów ani żadnego oczywistego sposobu powrotu. Wtedy postanowił to wykorzystać.

                                    

To właśnie zobaczyłam i mój taksówkarz niestety też

Dał mi do zrozumienia, że jeśli nie zapłacę więcej, odjedzie i zostawi mnie tam samą. Spodziewał się pewnie, że się przestraszę i natychmiast zgodzę na żądaną kwotę. Gdybym raz ustąpiła, mógłby żądać coraz więcej. Mógłby co chwilę się zatrzymywać i mówić, że teraz trzeba dopłacić.

Tylko że zrobiłam coś innego.

Wysiadłam z samochodu, wściekła i roztrzęsiona. No i się popłakałam. Nie była to scena doskonałego opanowania. Żadna marmurowa twarz Marka Aureliusza. 

 

Okazało się jednak, że w pobliżu była grupa młodych ludzi, prawdopodobnie z Kairu albo z innego większego miasta, którzy bardzo dobrze mówili po angielsku. Zrozumieli, co się stało, i wściekli się na taksówkarza chyba jeszcze bardziej niż ja. Podeszli do niego, wyciągnęli go z samochodu i zaczęli wyjaśniać sprawę po swojemu.

Na to zbiegowisko przyszedł jeszcze jakiś mężczyzna, który powiedział, że jest policjantem albo osobą pilnującą tego miejsca. Nie wiem dokładnie, kim był, ale zachowywał się tak, jakby miał tam pewien autorytet. Powiedział, że przypilnuje taksówkarza, żeby ten nie odjechał.

Dzięki temu mogłam choć przez chwilę zająć się tym, po co właściwie przyjechałam. Chodziłam po okolicy i szukałam ptaków.

Rybaczek srokaty z rybką 


W końcu przyszedł czas na powrót. Pomyślałam wtedy: No jest problem. Taksówkarz, wbrew swej woli, spędził kilka godzin na mojej wycieczce. Jest zły, stracił czas, a ludzie stanęli przeciwko niemu. Skąd mam wiedzieć, że w drodze powrotnej nie porzuci mnie gdzieś na pustyni?

Powiedziałam więc policjantowi, tak jak umiałam, z pomocą papierowego  słownika (ha ha), że boję się wracać z nim sama. ponieważ wkurzony taksówkarz może mnie gdzieś na pustyni zostawić.

Wtedy stało się coś, czego zupełnie się nie spodziewałam. Policjant powiedział, że pojedzie za nami drugim samochodem i będzie pilnował kierowcy.

Tak też zrobił. Jechaliśmy kilkanaście minut, aż w pewnym momencie taksówkarz zatrzymał się i powiedział coś w rodzaju: „khalas” — koniec, dalej nie jedzie. Wtedy mężczyzna z drugiego samochodu wysiadł, podszedł do niego i stanowczo zapytał, o co chodzi. Po tej interwencji taksówkarz jednak pojechał dalej.

W końcu dotarliśmy do Fayoum. Moi "opiekunowie"  poprosili jakiegoś chłopaka, żeby pomógł mi znaleźć odpowiedni busik do Kairu. Chłopak na szczęście znał angielski, rozmawiał ze mną przez całą drogę i w końcu cały busik miał ubaw z moich przygód.

Kiedy dojechałam do Kairu, chłopak z busika poprosił jakąś kobietę, żeby zaprowadziła mnie do metra. Dzięki temu mogłam dostać się na stację i wrócić pociągiem do Aleksandrii.

Nie twierdzę, że moja wyprawa była wzorem rozsądnego przygotowania. Dzisiaj wiem, że należało wcześniej dokładniej sprawdzić, dokąd jadę, jak wygląda transport powrotny i czy na miejscu rzeczywiście istnieje ośrodek turystyczny, który sobie wyobrażałam. Nie zamierzam więc dorabiać filozofii do własnego drobnego szaleństwa. Było ono jednak ciekawym doświadczeniem również dlatego, że pokazało mi, jak reaguję, kiedy rzeczywistość nagle przestaje odpowiadać planom.

Mogłam zacząć tworzyć w głowie kolejne katastroficzne obrazy: że kierowca odjedzie, że zostanę sama, że nie wrócę do Kairu albo że wydarzy się coś jeszcze gorszego. Takie myśli nie rozwiązałyby jednak żadnego z rzeczywistych problemów. Powiększałyby jedynie strach.

Zamiast próbować przewidzieć wszystkie możliwe nieszczęścia, zajęłam się tym, co rzeczywiście znajdowało się przede mną. Każdy problem należało oddzielić od pozostałych, nazwać i znaleźć dla niego konkretne rozwiązanie. 

Marek Aureliusz pisał:

„Konieczne jest odgraniczenie, odtworzenie zawsze dokładnego obrazu z danego wrażenia tak, by można je widzieć takim, jakim ono jest w istocie, widziane w całości, rozdzielone na części, by można uprzytomnić sobie jego właściwe imię, imiona tych rzeczy, z których jest złożone, tudzież tych, na które się rozłoży”.


Stoicyzm nie polega przecież na tym, żeby niczego się nie bać ani udawać, że wszystko jest dobrze. Ja się bałam, rozpłakałam się i byłam wściekła. Chodzi raczej o to, co człowiek robi później: czy pozwala, żeby strach tworzył kolejne katastroficzne obrazy, czy próbuje zobaczyć sytuację taką, jaka jest, i znaleźć następne możliwe rozwiązanie.

Gdybym wcześniej wyobrażała sobie wszystkie rzeczy, które mogły pójść źle, być może w ogóle nie pojechałabym do Wadi al-Rayan. Nie znaczy to, że należy ruszać w świat bez przygotowania. Czym innym jest jednak rozsądne przygotowanie, a czym innym zamartwianie się wszystkimi nieszczęściami, które mogą, ale nie muszą się wydarzyć.

Planowanie porządkuje rzeczywistość. Zamartwianie się jedynie pomnaża chaos.

Nie twierdzę też, że podobne historie zawsze kończą się dobrze. Ja spotkałam ludzi przyzwoitych i gotowych do pomocy. Innym razem mogłoby być inaczej. Nie chcę więc z jednej szczęśliwie zakończonej przygody tworzyć praw uniwersalnych.

Ta wyprawa nauczyła mnie jednak zadawać sobie jedno pytanie:

Co teraz należy do mnie?

Nie cała przyszłość. Nie cudze zachowanie. Nie wszystkie okoliczności.

Tylko następny rozsądny krok.

I idziemy dalej.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz